top of page

Rozdział 3 – Adwentowa droga do Domu Chleba: W drogę – to nie sen!

  • Beata
  • 6 sty
  • 6 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 14 sty

W drogę – to nie sen! Adwentowa droga do Domu Chleba w Galilei


Przewodnik podniósł rękę, dając znak postojowym, a ci wielbłądom, aby ruszyły.

– Trzymajcie się mocno!

Wielbłąd drgnął, uniósł się charakterystycznym ruchem, najpierw z tyłu, potem z przodu. Przerażona Gabi złapała się brzegu kosza jedną ręką, a drugą z automatu – Marcela za włosy. Oczywiście, że nie chciała mu dokuczyć. Przecież to było automatyczne! Marcel wrzasnął z bólu, sam łapał równowagę, więc nie było czasu na wymianę bólu, czyli dziecięce oko za oko....


Dwoje dzieci siedzi w koszu na grzbiecie wielbłąda, jedno trzyma pluszową owieczkę. W tle kamienista ścieżka, drzewa i miasto na wzgórzu. Atmosfera przygody.

– O matko… – jęknęła Gabi. – Sorry! Naprawdę nie chciałam, a twoja głowa była najbliżej. Ale karuzela! – Z przejęcia zapomniała o strachu. Uśmiechnęła się teraz do Marcela, bo odezwał się w niej duch przygody. – Jeszcze takiej atrakcji nie miałam! Lepiej niż Canada Wonderland!


Marcel tylko machnął ręką, wskazując jednocześnie w stronę przelatującego nad karawaną stada czarnych bocianów. Ich długie skrzydła rozpościerały się szeroko, kontrastując z błękitem nieba. Donośne i chrapliwe okrzyki wypełniły powietrze. – Zobacz, Gabi, jak one szybko lecą. Chyba spieszą się gdzieś na kolację. - Albo na plotki, bo takie rozgadane – zaśmiała się Gabi. – Jeden z bocianów nagle zawrócił w powietrzu, krążąc nad nimi, jakby sprawdzał, o czym rozmawiają. – Ten chyba nie może się zdecydować, czy lecieć dalej, czy zostać naszym przewodnikiem. – Gabi i Marcel wybuchnęli śmiechem, a bocian w końcu odleciał w stronę kolegów, machając skrzydłami na pożegnanie. Gabi też mu pomachała.


Karawana, w której jakimś cudem znalazła się Gabi i Marcel, wędrowała od północy – z okolic jeziora Genezaret, pełnej rybaków, kupców i podróżnych wracających z targów lub pielgrzymów idących do Jerozolimy. Ludzie otulali się w ciepłe, wełniane płaszcze. Mimo że dzień był słoneczny, zima w Galilei potrafiła być ostra, zwłaszcza jak zawiało z północy. Po nocnych deszczach powietrze pachniało mokrą ziemią, tymiankiem i dymem z oddalonych ognisk.


Mapa Morza Galilejskiego z czasów Heroda. W tle żeglarze i kupcy na brzegu. Widoczne nazwy miast: Tiberias, Capernaum, Gallee.

Wielbłądy szły powoli, kołysząc dzieci tak delikatnie, że Gabi znów prawie zasnęła w swoim koszu. Monotonny głos przewodnika uspokajał jej serce. Słyszała słowa, te same słowa, które powtarzał maszerując:

„Pan jest moim Pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć i przywraca mi życie...”

Na przestronnych łąkach i pagórkach Galilei rozciągały się zielone pastwiska. Często mijali owce pasące wzdłuż strumieni, gdzie trawa była bardziej soczysta niż na wzgórzach. Gabi czuła słowa wypowiadane tak, jakby były o niej:

„Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na Swoje Imię. Chociaż bym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska dodają mi otuchy...”

Laska? – myślała Gabi. – Laska? Chmm, może łaska?

Niemniej jednak, kiedy przechodzili przez głębszą dolinę, słowa przewodnika stawały się żywe. Gabi słuchała uważniej.

„Stół dla mnie zastawiasz wobec moich przeciwników, namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim przez wszystkie dni mego życia.”

Marcel, bardziej czujny, obserwował wszystko szeroko otwartymi oczami. Wyciągnął znowu swój zeszyt w skórzanej oprawie i coś w nim intensywnie kreślił. Gabi zaciekawiona zaglądała mu przez ramię. Chętnie wyjęłaby swoje kredki z plecaczka, ale tylko przytuliła pluszową owieczkę.



– Nie wiem, czy to dobry pomysł – powiedziała niby do siebie. – Jak się wielbłąd potknie na kamieniu, to będzie po zeszycie.

- Nie martw się o mnie, zajmij się lepiej owieczką – odparował brat skupiony na tym, co usiłował napisać w zeszycie.


Gabi właśnie pokazywała swojemu pluszkowi to, co mijali, i szeptała pojedyncze zdania z Psalmu 23 - Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach , ale nie wiedziała, że to psalm Dawida. Pocieszała swoją owieczkę, nie wiedząc, jak głęboko te słowa zapadają w jej własne serce - Słowa, które później będzie wydobywać jak cukierki z metalowego pudełka.


Krajobraz wyglądał inaczej niż ten, który znali: pagórki porośnięte świeżą, zimową zielenią, niskie krzewy szałwii i oregano, gaje oliwne rozsiane jak srebrne monety na wzgórzach. Miejscami ziemia odsłaniała jasne skały wapienne, które błyszczały w słońcu.

Marcel między swoimi rysunkami zapisał również:

„Gdy Pan jest Pasterzem moim, niczego mi nie braknie.”



Droga była jedną z głównych tras handlowych Galilei. Każdego dnia przechodziły tędy karawany, pielgrzymi, handlarze z Dakapolu, pasterze przeganiający owce. Przewodnicy trzymali się tego ubitego, szerokiego traktu, bo poza nim zaczynały się kręte, niebezpieczne ścieżki pełne zarośli, w których łatwo można było się zaplątać albo zabłądzić.


W połowie dnia zatrzymali się, by odpocząć. Zeszli na rozległe pole. Wielbłądy z jękiem klękały na krótkiej trawie. Mężczyzna, który już łagodniej spoglądał na naszych bohaterów, pomógł im wyjść z kosza. Marcel przyglądał się wielbłądowi, zastanawiając się, czy go pogłaskać, ale Gabi złapała go za rękę i zaczęła biec w stronę grupki dzieci, których kilkoro było w ich wieku. Dopiero teraz zauważyła, że nie byli w swoich ubraniach. Niczym, poza zdziwionymi minami, nasi bohaterowie nie wyróżniali się spośród innych dzieci. I chociaż nie znali ich języka, w jakiś cudowny sposób mogli się komunikować.


W czasie, kiedy dorośli rozładowywali bagaże, dzieci bawiły się najpierw w berka, a potem w chowanego. Marcel pilnował Gabi, aby się nie zgubiła w osłonie gęstych zarośli. Nawet przy tej głównej i szerokiej drodze nie minęli ani jednego McDonalda czy stacji paliw z łazienką. A tak poza tym to zaczęło im burczeć w brzuchach.


Dorośli wyciągali proste jedzenie: chleb jęczmienny, daktyle, kawałki twardego koziego sera. Do tego dzieciom podano ciepłą wodę z odrobiną miodu, żeby się rozgrzały i zaspokoiły pragnienie. Marcel, który nie lubi sera, zjadł wszystko, co mu podano – taki był głodny.


Najpierw mężczyźni i chłopcy zjedli swoje porcje, kobiety i dziewczęta usługiwały im. Kiedy skończyli, one zjadały to, co zostało.

Oczywiście, wszyscy myli ręce przed jedzeniem i złożyli dziękczynienie Bogu.

Ich modlitwa brzmiała trochę inaczej niż ta, którą odmawiali w domu...

[Baruch ata Adonai Eloheinu Melech ha-olam,ha-motzi lechem min ha-aretz.]

„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże świata, który dajesz chleb z ziemi.”


Słowa te będą słyszeli przed każdym posiłkiem, a po zjedzeniu:

„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże wszechświata, który nasycasz nas chlebem i darem ziemi.”

[Baruch ata Adonai Eloheinu Melech ha-olam,she-zan et ha-olam be-lechem.]


Marcel przez cały czas uważnie obserwował dorosłych i inne dzieci. Nie pozwolił Gabi oddalić się zbyt daleko. – Rób to samo, co ona. Siedź koło niej i ucz się. – Wskazał na uśmiechniętą dziewczynkę w wieku Gabi. Sam był wśród kilku chłopców podobnego wzrostu i naśladował ich czynności. Starał się wtopić w sytuację, ale również w sercu jego budziła się coraz głębsza wdzięczność za własną rodzinę, dom i czasy, z których pochodził. - Pan jest moim Pasterzem, nie brak mi niczego. - powtarzał w myślach przejęty sytuacją, w której się znalazł.


Ogień trzaskał cicho, a wiatr poruszał gałązkami niskich drzew. W powietrzu ciągle unosił się zapach nie tylko wielbłądów, ale świeżo pieczonych na ogniu placków jęczmiennych i chleba z odległej osady – zapach domu i bezpieczeństwa.


Dwójka dzieci w koszu na wielbłądzie pod gwiaździstym niebem, w tle miasteczko i ognisko. Ciepłe kolory tworzą spokojną atmosferę.

Kiedy ruszyli ponownie, słońce stało już wysoko nad głowami i zaczęło grzać mocniej. Nie musieli okrywać się kocami. Karawana wspięła się na pobliskie wzgórze. Z jego zbocza dzieci mogły dostrzec ogromną przestrzeń przed sobą: szeroką dolinę, gdzieniegdzie przeciętą jałowymi krzewami. Mieli już za sobą strome odcinki górskie. Z grzbietu wielbłąda lepiej było widać roztaczające się przed nimi łagodne pagórki pokryte tutaj zimową krótką trawą i krzewami terebintu i pistacji. Droga też się rozszerzała, tworząc naturalne rondo, a gdzieś, na zachodnim rozwidleniu, na zboczu pagórka bieliły się białe punkciki domków.


– Daleko jeszcze? – zapytała Gabi. Marcel wzruszył ramionami, ale tajemniczy mężczyzna prowadzący ich wielbłąda wskazał na zielonkawą plamę w oddali. – Tam… – wskazał przed siebie, na zielonkawy pagórek.

– Znany przystanek tuż przed Nazaretem.



Wkrótce zatrzymali się u podnóża Wzgórza Przepaści, dobrze znanego miejsca, gdzie

karawany często odpoczywały przed wejściem do miasta, rozprostowując nogi i przygotowując się do ostatniego odcinka podróży.


- Stąd już blisko do Nazaretu. – W jego głosie brzmiała ulga, ale dzieci i tak nie wiedziały, o co chodzi, poza znajomą nazwą – Nazaret.


– Może tam czekają na nas rodzice? – z nadzieją w głosie powiedziała Gabi.


Przeżyj z Gabi i Marcelem Adwentową drogę do Domu Chleba. Magiczna podróż przez Galileę trwa. Chesz wiedzieć, co było dalej? Adwentowa droga do Domu Chleba nie kończy się w następnym rozdziale.



Psalmy od wieków towarzyszą ludziom w wędrówkach, ucieczkach, powrotach, nocach spędzanych „na uboczu”. Były modlitwą pielgrzymów, rodzin, wygnańców i tych, którzy nie mieli świątyni - tylko drogę.


Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy. Psalm 23 uczy zaufania w trudnych chwilach i wdzięcznego spojrzenia na każdą sytuację życiową.


„Pan jest moim Pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć i przywraca mi życie. Prowadzi mnie po właściwych ścieżkach przez wzgląd na Swoje Imię. Chociaż bym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną. Twój kij i Twoja laska dodają mi otuchy. Stół dla mnie zastawiasz wobec moich przeciwników, namaszczasz mi głowę olejkiem; mój kielich jest przeobfity. Tak dobroć i łaska pójdą w ślad za mną przez wszystkie dni mego życia i zamieszkam w domu Pańskim przez wszystkie dni mego życia.”

Prefer to read in English? You can find the English version here:


Komentarze


© 2025 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page