Rozdział 4 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Ostatni postój Marcela i Gabi z karawaną
- Beata
- 7 sty
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 15 sty
Adwentowa droga do Domu Chleba zaczyna się o świcie – w ciszy, w prostocie i w gotowości serca. Każdy krok tej wędrówki uczy, że nie wszystko da się przyspieszyć, a to, co najważniejsze, rodzi się powoli – w drodze.
Ostatni postój Marcela i Gabi z karawaną - Adwentowa droga do Domu Chleba
Jeszcze parę kilometrów. Droga nadal prowadziła łagodnie wśród wzgórz. Schodzili z ostatniego pagórka przed wskazanym postojem. Minęli niewielkie osady – kilka domów z jasnego, wapiennego kamienia, studnie obłożone kamieniami, kobiety nabierające czerpakami wodę do glinianych naczyń. Kilka z nich niosło wodę ze studni w tych ciężkich glinianych pojemnikach, a pasterze pędzili stada owiec do zagród. Dzieci bawiące się na piaszczystej drodze między domami pokrzykiwały beztrosko.
Wreszcie, wraz ze słońcem, które powoli chyliło się ku zachodowi, ujrzeli niewielką wioskę, przytuloną do pagórków Galilei. Wyglądała spokojnie i zwyczajnie. Domy z jasnego kamienia stały między tarasami oliwnych sadów. Z kilku kominów unosił się dym, pachniało pieczonym chlebem i życiem codziennym.
Karawana zatrzymała się przy małym źródle. Szemrała woda, łagodna i chłodna. Piaszczysty teren przechodził tu w ciemniejszą ziemię, a przy wodzie rosło kilka niskich, rozłożystych drzew, dających cień.
To było ich miejsce na noc.
Od razu zrobiło się głośniej: wielbłądy mruczały i prychały. Dzieci z karawany śmiały się i ganiały wkoło. Mogły się teraz pomieszać i dzielić wrażeniami z ostatniego, najdłuższego odcinka podróży. Kobiety znowu rozkładały maty i naczynia, a mężczyźni kierowali zwierzęta do wody.
Mężczyzna prowadzący wielbłąda Gabi i Marcela odpiął pasy kosza. Uśmiechnął się do dzieci, a potem pomógł im zejść na ziemię. Marcel zwinął koc, który chronił ich nie tylko od wieczornego chłodu. Złapał oba plecaki i wyskoczył samodzielnie.
Uśmiechnięty od ucha do ucha spojrzał na mężczyznę i zapytał:– A właściwie, to jak masz na imię?
– Gabriel – odrzekł miękko, patrząc Marcelowi prosto w oczy. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze. – Czytał w sercu chłopca, który uśmiechem i szybkimi ruchami ciała przykrywał onieśmielenie i niepokój o to, co dalej.
– Czeka was wielka przygoda. Ufaj i bądź posłuszny. Będę przy tobie nawet, jak już mnie nie będziesz widział. Patrz i słuchaj uważnie. Opiekuj się siostrą. Pan jest Pasterzem, który troszczy się o wszystkie twoje potrzeby... –
Gabriel poklepał Marcela po ramieniu i odwrócił się w stronę wielbłąda. Podniósł Gabi i wyjął ją z kosza. Ona ścisnęła rękę Gabriela i podziękowała mu cicho.
– Dziękuję, że pomogłeś mi wyjść. Bałam się, że wielbłąd może się ruszyć i upadnę. Dziękuję.
Przytuliła mocniej swoją pluszową owieczkę do serca, zupełnie nie rozumiejąc, jak to możliwe, że rano byli w wygodnym, ciepłym samochodzie, a teraz… w małej galilejskiej wiosce sprzed dwóch tysięcy lat. Była tak zmęczona i obolała po tej jeździe, że marzyła tylko o ciepłym prysznicu i swoim wygodnym łóżku.
– Chodźcie za mną. Przez noc zaopiekuje się wami rodzina Sary, tej samej, z którą biegaliście wcześniej i siedzieli przy ognisku. Zostaniecie z nimi na noc. Teraz ona pokaże wam i wyjaśni wszystko.

Słońce chyliło się coraz bliżej linii horyzontu. Wokół paliły się już ogniska. Powoli zapadał spokojny, ale tajemniczy wieczór.
Gabi usiadła na ciepłej ziemi, która pachniała kurzem zmieszanym z wilgocią źródła, przy którym się zatrzymali. Podeszli do ogniska, do którego zaprowadził ich Gabriel. Ściskając w ten sam sposób swoją pluszową owieczkę, przylgnęła do brata. Zapadał zmrok, a wokół te same twarze wydały się bardziej obce i wszystko takie inne, nierealne. Wpatrzyła się w jasny płomień ogniska i stwierdziła:
– Marcel… my naprawdę… jesteśmy w dawnych czasach… – wyszeptała. – Co z nami będzie? Ja chcę do domu...
Chłopiec tylko kiwnął głową i niepewnie wzruszył ramionami. Pogłaskał ją czule po głowie i zamyślił się.
Nad nimi zaczęła unosić się woń pieczonego placka. Kobiety nalewały wodę do glinianych misek. Przy ogniskach zrobiło się ciepło i przytulnie. Zapach palonego drewna mieszał się z wonią chleba i suszonych fig.
Oczywiście, wszyscy myli ręce przed jedzeniem i złożyli dziękczynienie Bogu, tak jak poprzednio. Ich modlitwa znowu brzmiała jak pokłon dziękczynny przed Wszechmocnym, który przeprowadził ich bezpiecznie do tego miejsca... krok po kroku...
[Baruch ata Adonai Eloheinu Melech ha-olam, ha-motzi lechem min ha-aretz.]„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże świata, który dajesz chleb z ziemi.”

Dzieci siedziały razem z dorosłymi przy jednym z wielu ognisk. Marcel, znowu razem z mężczyznami i tymi samymi chłopcami, jadł daktyle, suszone figi, kawałek twardego koziego sera i kilka oliwek z solanki. Później Gabi chrupała chleb jęczmienny, łamiąc kawałki tak, jak robiła to Sara i jej siostra Miriam. Gryzła powoli suszone morele, orzechy i inne owoce.
Starsi opowiadali swoje historie z drogi i śmiali się głośno, a wielbłądy spokojnie przeżuwały siano i patrzyły leniwie na ludzi.
[Baruch ata Adonai Eloheinu Melech ha-olam, she-zan et ha-olam be-lechem.]„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże świata, który nasycasz nas chlebem i darem ziemi.”
I znowu przed snem usłyszały:
[Baruch ata Adonai, Eloheinu Melech ha-olam, asher kidshanu b’mitzvotav v’tzivanu lishmor et hanefesh v’la’anachot beshalom.]
„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże świata, który nas uświęcasz przy swoich przykazaniach i nakazujesz dbać o duszę i odpoczynek w pokoju.”
Marcel dodał w myślach: – Dziękuję Ci, Boże, za dziś, za nasze przygody i bezpieczny postój, za tych, którzy się nami zaopiekowali. Pomóż wrócić nam do domu. Dziękuję...
Gabi trzymała go mocno za ramię, a on nawet nie otrząsnął jej ręki. Czuł, jak bardzo potrzebuje jego wsparcia. W końcu jest starszym bratem!

Karawana nocowała pod gołym niebem. Niektórzy rozkładali koce i skóry owcze bezpośrednio na ziemi, inni wspierali się w koszach, na których wędrowali na wielbłądach. Gabi i Marcel spali razem z opiekunami karawany, rodziną z kilkorgiem dzieci, z którymi poznali się w czasie postoju. Szli oni do Betlejem na spis ludności.
Dzieci ułożyły się na miękkich skórach i wełnianych kocach, blisko ogniska, żeby było ciepło i bezpiecznie. Nie miały siły, aby się martwić czy kaprysić, biegać do łazienki czy kuchni, bo nagle któreś było głodne lub miało swoje pragnienie do zaspokojenia. Marcel, który najczęściej przewalał się w łożku, kiedy zgasło światło, zasnął ledwo zamknął oczy, wsłuchany w dźwięki trzaskającego ognia.
A noc, chłodna i jasna od gwiazd, jeszcze nie miała przynieść pierwszych odpowiedzi.
Nie wiedzieli, że rano w Nazarecie spotkają niezwykłą rodzinę. I że właściwie ich podróż dopiero się rozpoczyna. Staną się świadkami drogi, której nikt nie zapomniał przez wieki.
Adwenowa droga do Domu Chleba – chcesz wiedzieć, czy to już koniec ich niesamowitej przygody?
Rozdział 5 - Adwenowa droga do Domu Chleba: Na spotkanie z Mamą!
Prefer to read in English? You can find the English version here:



Komentarze