Rozdział 1 – Adwentowa droga do Domu Chleba: Marcel i Gabi jadą z rodzicami na wycieczkę
- BE

- 15 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Adwenowa droga do Domu Chleba zaczyna się o świcie – w ciszy, w prostocie i wewnętrznej gotowości serca. To nie jest zwykła opowieść, lecz duchowa i symboliczna podróż, która prowadzi przez posłuszeństwo, zaufanie i dojrzewanie w drodze, zanim pojawi się ciepło domu i zapach świeżego chleba.
Każdy odcinek tej serii odsłania inną warstwę wędrówki, w której nic nie dzieje się przypadkowo, a wszystko ma swój rytm i czas. To historia o tym, że nie da się przyspieszyć najważniejszych przemian - bo to, co prawdziwe, rodzi się powoli, krok po kroku, właśnie w drodze.
Jeśli szukasz opowieści o sensie, dojrzewaniu i powrocie do tego, co pierwotne - ta seria jest dla ciebie.
Marcel i Gabi jadą z rodzicami na wycieczkę
Gabi kończyła pakować swój plecak. Wkładała i wyciągała parę ostatnich rzeczy, aby nareszcie móc spokojnie zaciągnąć zamek. Wszystko było jej potrzebne do tej kilkudniowej podróży w góry. W końcu udało się jej wepchnąć jeszcze ulubiony sweter i zip zzzziiipppp, zamknąć największą kieszeń. Pełnym obrotem zawirowała wokół łóżka - jak baletnica. W biegu złapała białą pluszową owieczkę, drugą ręką zarzuciła dość ciężki plecak na ramię i zadowolona zbiegła po schodach.

Marcel siedział już na swoim miejscu w samochodzie. Jego plecak nie był taki pękaty jak Gabi, ale rozpięty leżał pod jego nogami. Gabi rozłożyła się na siedzeniu obok brata, przesuwając dużą poduszkę do środka. Niechcący potrąciła rękę Marcela, który coś pisał w swoim ulubionym notatniku. Oczywiście, zrobiło się od razu głośno i nie dlatego, że tato zapalił samochód. W tym samym czasie nadeszła mama, niosąc ostatnie torby. Zamknęła z trzaskiem bagażnik, a potem drzwi do samochodu. Dzieci od razu się pogodziły. Marcel odłożył zeszyt i długopis do plecaka i zapiął pasy. Zapadła cisza.
Ruszyli na swoją listopadową wycieczkę w góry. Czekali na nią od kilku tygodni, aż w końcu pogoda się poprawiła na tyle, że mogli jechać. Szybko znaleźli się na autostradzie poza miastem. Dzień budził się z prędkością samochodu. Na horyzoncie chmury rumieniły się szerokim pasem ciepłych odcieni gruszek, pomarańczy i rumianych jabłek.
Dzieci obserwowały krajobraz, w którym na razie dominowały łąki wyschniętej trawy. Jej dłuższe gałązki delikatnie pląsały, poruszane wiatrem. Miejscami pojawiały się duże stada owiec, zbitych w jedną puchatą plamę. Dzieci, kołysane ruchem samochodu, szybko zamknęły oczy i zapadły w głęboki sen...

Adwentowa droga do Domu Chleba
I nagle znalazły się w całkiem innym miejscu. Nadal się kołysały, ale na grzbiecie wielbłąda. Siedziały, a raczej leżały zwinięte i zawinięte w koce, w specjalnym koszu. Przesuwały się doliną wzdłuż rzeki. W pewnym momencie wielbłąd gwałtownie się zatrzymał i Marcel obudził się siłą hamowania. Zdziwiony chłopiec przetarł oczy, bo myślał, że nadal śni.
Przed nimi ciągnął się sznur różnych obładowanych workami i skrzyniami zwierząt. Przy nich maszerowali dziwnie ubrani ludzie. Ustawieni byli jakby rodzinami. W większości mężczyźni wędrowali obok osłów i mułów, na których siedziały albo kobiety, albo młodsze dzieci. Większość zwierząt niosła różne rzeczy. Podskakiwały im po bokach worki z mąką, wodą i oliwą. Gdzie niegdzie biegły owce i kozy. Kiedy Marcel się odwrócił, widok za nim był podobny. Widział takie obrazy w książkach i w telewizji, ale teraz poczuł się nieswojo.
Nie mógł zrozumieć, co się dzieje. Spojrzał na Gabi, która nadal smacznie spała w koszu z głową wspartą na miękkim plecaczku i owieczką ściśniętą w ręce – tak, jak ją ostatnio widział w samochodzie, zanim sam zamknął oczy.
- Ach... – westchnął zazdrośnie. – Gabi to zawsze dobrze śpi, nawet w moim śnie – ona śpi jak suseł! Jeszcze myślał, że to jakiś dziwny rodzaj bardzo realnego snu. Rozglądał się i nasłuchiwał.
- Gdzie są tato i mama? Gdzie ich samochód i co to wszystko znaczy?
Nie podobała mu się ta sytuacja. Za dużo miał fizycznych wrażeń, żeby nadal myśleć, że to sen!
Obok, z lewej strony, jakiś obcy mężczyzna o spalonej słońcem twarzy i silnych, pomarszczonych dłoniach trzymał wielbłąda za grubą linę i w milczeniu nasłuchiwał na wiadomość od głównego przewodnika całej karawany. Spojrzał spod brwi na wiercącego się chłopca, jakby chciał sprawdzić, czy już się obudził.
Z daleka było widać bramy miasta, dlatego karawana zatrzymała się. Trzeba było przejść przez wąskie miejsce między murami, zanim mogli ruszyć dalej na południe.
Marcel poczuł, że serce bije mu szybciej. Jeszcze przed chwilą jechał samochodem z rodzicami i młodszą o dwa lata siostrą, a teraz znajdował się nie wiadomo gdzie – wśród obcych ludzi, kurzu, dzwoneczków i zapachu wielbłądów, osłów czy koniopodobnych, nie był pewien...
Właśnie tak zaczęła się Adwentowa droga do Domu Chleba, pełna tajemnic, niespodzianek i niezwykłych spotkań. Zapraszam.
Rozdział 2 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Marcel i Gabi budzą się w Galilei
Prefer to read in English? You can find the English version here:




Komentarze