Rozdział 2 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Marcel i Gabi budzą się w Galilei
- Beata
- 16 gru 2025
- 3 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 14 sty
Adwentowa droga do Domu Chleba zaczyna się o świcie – w ciszy, w prostocie i w gotowości serca. To opowieść o drodze, która prowadzi przez posłuszeństwo i zaufanie, zanim pojawi się ciepło domu i zapach chleba. Każdy krok tej wędrówki uczy, że nie wszystko da się przyspieszyć, a to, co najważniejsze, rodzi się powoli – w drodze.
Marcel i Gabi budzą się w Galilei - Adwentowa droga do Domu Chleba
Marcel przełknął ślinę.
– Gabi… Gabi, obudź się… – wyszeptał, potrząsając delikatnie ramieniem siostry.
Gabi westchnęła, przekręciła głowę w drugą stronę próbując dalej spać.
Wtedy trochę już mocniej szturchnął ją piętą. Poirytowana sześciolatka otworzyła oczy. Na początku uśmiechnęła się, sądząc, że nadal jest owinięta w ciepły koc w samochodzie. Ale gdy zobaczyła dziwny widok przed wielbłądem i twarze obcych ludzi, zamarła.
– Marcel… gdzie my …? -
– Nie wiem – odpowiedział cicho. – Ale jesteśmy naprawdę daleko od domu.
Gabi ścisnęła go mocno za ramię, do oczu napłyneły jej łzy, ale nie miała odwagi głośno zapłakać. Chciała do mamy, do domu.. do łazienki!

Ludzie zaczęli zsiadać ze swoich zwierząt: wielbładów, osłów, mułów. Koni nie było widać w karawanie - zbyt drogie w utrzymaniu dla przeciętnych mieszkańców i mniej praktyczne w górach. Ci, którzy maszerowali cały czas, siadali na ziemi. Ci, którzy jechali, rozciągali nogi i ręce. Każdy chciał choć chwilę odpocząć przed dalszym marszem.
Mężczyzna prowadzący wielbłąda kiwnął głową na Marcela i Gabi i wskazał ręką na ziemię.
– Chcecie zejść? – jakimś obcym językiem zapytał dzieci, choć nie był pewien, czy rozumieją jego słowa.
Marcel pokręcił głową. Gabi również.
- Mama powiedziała, żeby nie rozmawiać z obcymi – szepnęła przez zaciśnięte zęby.
- I nigdzie z nimi nie iść.. czy nas porwali? - zastanawiała się dalej.
- Nie pleć, Gabi! Nie! Na pewno nie! Wszystko się zaraz wyjaśni - Marcel pocieszał siostrę.
Dzieci zajadając placki jęczmienne, które dostały od opiekuna, z grzbietu wielbłada obserwowały otoczenie. Kobiety rozpakowywały zawiniątka z plackami, wyjmowały małe skórzane bukłaki z wodą i worki z owocami. Mężczyźni sprawdzali pasy, poprawiali ładunki na grzbietach zwierząt. Wielbłądy sapały spokojnie, żując suche źdźbła.
Mężczyzna, opiekun ich wielbłada, jeszcze raz, już trochę łagodniej, zwrócił się do dzieci.
- To ostatnia szansa zanim ruszymy i wskazał na pobliskie gęste krzewy laurowca, z których co chwilę ktoś wychodził.
Tym razem Gabi i Marcel pokiwali głowami, że tak, ze chcą zejść z wielbłąda.
– Okej… tylko szybko – mruknął, uśmiechając się trochę pod wąsem. Pomógł dzieciom wyjść z kosza.

Dzieci zeszły na ziemię trochę oszołomione. Rozglądając się dookoła i oceniając teren zerknęły na siebie niepewnie. Gabi wyciągnęła rękę do przodu wskazując na kępkę pokrytą gęsto listkami. - Ja pierwsza, ty za mną, okej?
Marcel, próbując wyglądać odważnie, chciał ją wyprzedzić i potknął się o własny but, nie zdążył w samochodzie zawiązać sznurówek i tak zostało. Przewrócił się i padł jak długi lądując głową w miękkim piasku. Gabi wybuchnęła śmiechem, a Marcel czerwony ze wstydu próbował udawać, że to część jego „wielbłądowej akrobatyki”. Wielbłąd, jakby na złość, prychnął cicho, a dzieci zgodnie stwierdziły, że zwierzę chyba też się śmieje.
Pora wracać do swojego wielbłada i opiekuna. Rodzice nie schowali się ani w krzakach, ani nie było ich wśród innych grupek podróżnych. Opiekun już machał ręką na dzieci i pomógł im wskoczyć do koszyka. Ledwo usadowiły się wygodnie...
Dalej toczy się Adwentowa droga do Domu Chleba, w której każdy krok wielbłąda i dzieci przynosi nowe pytania, zdumienie i nieoczekiwane spotkania.
Prefer to read in English? You can find the English version here:



Komentarze