Rozdział 9 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Wyruszamy z Nazaretu do Betlejem
- BE

- 13 sty
- 4 minut(y) czytania
Wyruszamy z Nazaretu do Betlejem - Adwentowa droga do Domu Chleba
Wczesnym rankiem Józef osiodłał osła. Nałożył na niego wygodne poprzeczne siodło z wypustkami na wsparcie dla nóg. Pomógł Miriam ostrożnie usiąść na jedną stronę, okrył Ją cieplutkim wełaninym kocem, który również chronił przed wilgotnym zimowym powietrzem.
Z drugiej strony zawiesił kuferek z rzeczami, na które wskazał mu anioł. Pojawiły się koło nich Anna i Maria Kleofasowa ze służbą. Przynieśli również specjalne wełniane okrycia dla naszych młodych podróżników i zarzucili im na plecy jak pelerynki. Gabi i Marcel ze swoimi plecaczkami schowanymi pod tymi okryciami niczym nie różniły się od izraelskich dzieci tamtej epoki.

Orszak wyruszył w drogę. Szli powoli. Zatrzymywali się kilkakrotnie, by Miriam mogła odpocząć. Dzieci chętnie kładły się lub siadały koło Niej pod drzewami i słuchały, jak pięknie śpiewała psalmy lub po prostu siedziała zamyślona.
Blask – ta dziwna energia świętości i jakiegoś majestatu (dzieci nie umiały tego nazwać – tylko intensywnie odczuwały wszystkimi zmysłami) napawał je wyjątkowym spokojem i radością. Czuły się tak dobrze, jakby należały do tego miejsca, świata i ludzi, chociaż dobrze pamiętały, skąd pochodziły.
Postoje były krótkie. Dopiero jak uszli jakieś 6 godzin, zatrzymali się na dłużej na rozległym polu, które również należało do Anny. To było to samo miejsce, na którym anioł instruował Józefa, kiedy wracał z Jerozolimy.
Pamiętasz? To było w rozdziale 7.
Z tego pola Józef wziął dodatkową oślicę i po posiłku "nasza rodzinka" pożegnała się z kobietami i służbą”. One zostały załatwić parę spraw na tej posiadłości przed powrotem do swoich domów.
Nasza czwórka udała się w dalszą drogę do Betlejem. Marcel szedł z Józefem, który odpowiadał na jego pytania z cierpliwością i spokojem. Gabi przylgnęła do Miriam. Siadała za Nią na osiołku, kiedy już nie miała siły iść sama. Przysłuchiwała się męskim rozmowom i była generalnie bardzo milcząca.

Późnym popołudniem dotarli do domu położonego na zboczu wzgórza, z którego roztaczał się szeroki, niemal niekończący się widok aż po dalekie, niebiesko zarysowane Góry Jerozolimskie.
Klarowne, zimowe powietrze i bezchmurne niebo sprawiały, że krajobraz Judei był wyjątkowo wyrazisty. Półcienie gajów oliwnych, łagodne pagórki i srebrzyste połyski skalnych tarasów układały się w obraz krainy, którą Izraelici od wieków nazywali „mlekiem i miodem płynącą” - bo choć była surowa, dawała plony i życie każdemu, kto umiał ją pokochać i mądrze uprawiać.
Tak Bóg obiecywał już Mojżeszowi:
„Wiodę cię do ziemi opływającej w mleko i miód” (Wj 3,17 BT).
O tym wiedzieli Miriam i Józef. Ich serca wypełniały wdzięczność i uwielbienie Boga Przedwiecznego. Każde z nich (serca Miriam i Józefa) przenikały słowa z Psalmu 121, który Józef szeptał po drodze. Dzieci, słysząc te słowa over and over, też je zapamiętały.
Gabi jak przytulia czepna przyklejona do Marcela szczebiotała wesoło, przewracając przy tym oczami:
"Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc?"
A on jej odpowiadał z radością krążąc wokół niej z rozłożonymi rękami, jakby ją chciał osłonić:
"Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię."

Marcel rozpędził się w tej zabawie i zszedł ze ścieżki, podskakując po kępkach jeszcze zielonej trawy i innych roślin gotowych do snu zimowego. Przylepiła mu się do nogi jakaś śmieszna gałązka, jeszcze nie uschła, ale i nie tętniąca już pełnią życia.
- Co to? - zapytała Gabi, która szybkim ruchem odczepiła ją od spodni chłopca i obracała w palcach jak stary drewniany ucierak, kręcąc nim w obu dłoniach, jakby w tym ruchu szukała echa kuchni, ciepła i zapachu maku. Pochłonięta tą zabawą, nie usłyszała odpowiedzi Józefa. Wykorzystał to rozbawiony Marcel i wrzasnął jej prosto do ucha: - Przytulia brzydulia, czepna jak węzełek, złapie cię za rękaw, złapie za sweterek!
Kręci się i plącze, nie chce puścić wcale, a jak się uczepi, to już jesteś w jej szale!
- Maarrrceeeelll! - Gabi podskoczyła, przestraszona nagłym atakiem brata. - Sam jesteś w szale! Raz cię złapie - nie odpuści! Jak przyczepi - już nie puści! - i przyczepiła mu znalezioną gałązkę do rękawa. Dzieci tak biegły bawiąc się w coś w rodzaju „chodzi lisek”, z udawaną powagą i śmiechem w oczach:
Hyc za nogę! Hyc za rękaw! Nie uciekniesz wcale! Bo przytulia już cię trzyma, zostaje na stałe! Łapiesz!
Takimi i innymi spontanicznymi zabawami urozmaicały sobie monotonię i trud drogi. W końcu to były godziny marszu, do czego dzieciaki nie były przyzwyczajone, ale znosiły go dzielnie.
I tak minął pierwszy dzień z Miriam i Józefem.
Adwentowa droga do Domu Chleba czasami się toczy, czasami biegnie. Każdy krok przynosi nowe pytania, zdumienie i nieoczekiwane spotkania.
Czytaj kolejny rozdział:
Psalmy od wieków towarzyszą ludziom w wędrówkach, ucieczkach, powrotach, nocach spędzanych „na uboczu”. Były modlitwą pielgrzymów, rodzin, wygnańców i tych, którzy nie mieli świątyni - tylko drogę.
Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy.
Dzisiaj powtarzaj fragment z Psalmu 121:
"Wznoszę swe oczy ku górom: skądże nadejdzie mi pomoc? "Pomoc mi przyjdzie od Pana, co stworzył niebo i ziemię."
Prefer to read in English? You can find the English version here:
Powrót:




Komentarze