top of page

Rozdział 8 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Spotkanie z niezwykłą Rodziną

  • Beata
  • 12 sty
  • 4 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 13 sty

Spotkanie z niezwykłą Rodziną - Adwentowa droga do Domu Chleba:

I w takim momencie porannych przygotowań Noemi, Gabi i Marcel stanęli przed niskimi drzwiami domku naszej świętej Rodziny. Noemi nieśmiało uniosła rękę i postukała w drewnianą ramę, tak jak robiło się to w Galilei: krótko, rytmicznie, trzy razy, żeby nie przestraszyć domowników.


(Niektórzy pukali w próg, inni w boczną belkę, zawsze tam, gdzie dźwięk mógł być wyraźniejszy. Czasem do pukania dodawano też ciche zawołanie po imieniu, żeby okazać szacunek i upewnić się, że otwierający wie, kto przyszedł.)


Na progu, ku jej zdziwieniu i radości, pojawiła się Anna. Wyszła przed drzwi z rękami przypruszonymi jeszcze mąką, bo akurat kończyła formować chlebki z ciasta, które rosło przez cała noc. Na widok gości szybko wytarła ręce w fartuch i szeroko rozwarła ramiona na przywitanie. Noemi była daleką krewną z rodziny Joahima i, chociaż nie widywały się zbyt często, łączyła je nić przyjaźni. Noemi przedstawiła dzieci i oddała je w opiekę Annie.

Kiedy usłyszały jej imię, ośmieliły się trochę.

– Nasza babcia też ma na imię Anna – wyszczebiotała dumnie Gabi.


Grupa ludzi w historycznych strojach, kobieta trzyma kosz z chlebem. Ciepła atmosfera, kamienne tło, jasne kolory.

Anna była tak podobna do jej babci, że Gabi nie była pewna, czy ten dziwny sen nie-sen nadal trwa, czy zaraz z domku wyjdzie mama.

– Chodźcie, proszę, usiądźcie na tarasie, zaraz przyniosę poczęstunek.

Dzieci wierciły się niespokojnie, czekając na mamę. Były przekonane, że zaraz przyniesie tackę z wodą i śniadanie.


Tymczasem ujrzały postać mężczyzny, który wyszedł chyba z warsztatu, bo miał na sobie fartuch roboczy i niósł jakiś drewniany dziwny przedmiot. Kiedy dostrzegł gości, zostawił go na ziemi i skierował swoje kroki w ich kierunku. Słońce odbijało się od jego twarzy, ale Gabi była pewna, że to tata. Trochę dziwnie wyglądał... W tym tutejszym stroju i z kawałkiem wiórka przyczepionym do brody sprawiał wrażenie trochę poważniejszego niż zwykle, ale to tata.


Zerwała się na równe nogi, a Marcel za nią i oboje wołali:

– Tata! Tttaaatttaaa! – biegnąc z szaloną radością i rozpostartymi do uścisku rękoma.

Kiedy zdumiony, acz uśmiechnięty mężczyzna przykucnął trochę, żeby je przytulić – widział, że tego oczekują – oboje stanęli nagle jak wryci. Gabi pokrył rumieniec zawstydzenia. Marcel wpadł na nią i siłą grawitacji oboje wylądowali na „tacie nie-tacie”, który uchronił je od uderzenia o twardy grunt.


Mężczyzna z dwójką dzieci, radosne objęcia na kamienistej ulicy. Jasne barwy, narzędzia na ścianie. Ciepła, rodzinna atmosfera.

Dzieci, onieśmielone tym, co się stało, podniosły się, przepraszając, ale oczy ich wypełniły łzy. Nie wiedziały, co myśleć, a co dopiero się odezwać.


Mężczyzna wyciągnął rękę na powitanie:

– Jestem Józef, syn Jakuba.

Marcel pierwszy pozbierał całą odwagę jaka mu jeszcze została w sercu i uściskał wyciągniętą rękę.

– A ja jestem Marcel, syn Georga – i patrzył pytająco w oczy Józefa.

Ośmielona Gabi wyciągnęła swoją małą rączkę, robiąc dwa kroki do przodu i przesuwając brata nieco na bok, powiedziała:

– Ja jestem Gabi, córka Georga. Tego samego taty i… dlaczego ty wyglądasz jak tata!?

Łzy poleciały jej po policzkach. Wzruszony Józef przytulił ją do siebie, pogłaskał po głowie i odpowiedział:

– Przez następne dni ja będę dla ciebie i twojego brata jak tata. Nie bój się. Nie bójcie się. Mam dla was wielką niespodziankę. Zaufajcie mi. Wszystko będzie dobrze.-


Nie wiem, czy jego słowa przekonały dzieci. Jedynie podobieństwo do taty i niesamowite ciepło, które od niego płynęło – jak od taty – zatrzymało dalsze pytania.


– Jaką niespodziankę? – myślał Marcel z głową spuszczoną na ziemię, ale nic nie mówił.


I wtedy Gabi znowu wyruszyła do przodu, bo z tyłu ogrodu, między krzewami laurowymi, pokazała się postać, która do złudzenia przypominała mamę. Niosła koszyk przykryty białą, lnianą ściereczką i teraz weszła na ścieżkę wiodącą na taras.

Kobieta ubrana była w błękitną, lnianą sukienkę sięgającą ziemi, a głowę okrywał i trochę przysłaniał twarz delikatny, biały welon. Kiedy się zbliżała Gabi mogła zobaczyć jej twarz – najpiękniejszą twarz na świecie, twarz mamy.


Kobieta w niebieskiej szacie z koszem idzie w kamiennym ogrodzie. Druga osoba w brązowej szacie patrzy na nią. Urokliwy i spokojny nastrój.

Stanęła blisko naprzeciw Niej i przyglądała się uważnie. Marcel, nie ukrywając zagubienia, nadal tkwił koło Józefa. Dziewczynka po chwili zapytała nieśmiało, bo twarz kobiety promieniała niezwykłą jasnością i łagodnością, ale była dużo młodsza niż mama, dużo młodsza, może o połowę:

– Czy ty wiesz, gdzie jest moja mama? Bo Ty nią chyba nie jesteś, jesteś?


Kobieta postawiła koszyk na ziemi i uśmiechnęła się czule. Wtedy Gabi dojrzała, że jest w odmiennym stanie, że spodziewa się dziecka, więc straciła resztkę nadziei, że to  jest mama, tylko odmłodzona cudownie w tej niesamowitej sytuacji i miejscu.

– Dzisiaj i przez najbliższy czas będę waszą mamą. A potem wybór będzie należał do was. Tak, jak Józef powiedział, czeka was najpiękniejsza niespodzianka. Tylko musicie nam zaufać i być posłuszni. Teraz trochę odpoczniecie po podróży i zjemy razem śniadanie. Jest piękny dzień, ale czeka nas dużo pracy. Ja jestem Miriam, żona Józefa. To jest moja mama, Anna, i Miriam, Maria – żona Kleofasa, brata Józefa który również mieszka w Nazarecie...

Ta ostatnia pojawiła się koło Anny niezauważona przez dzieci. Przyniosła kosz pięknych ciemnych winogron.


Miriam pocałowała Gabi w czoło, wzięła ją za rękę i podeszły do Marcela, któremu też zostawiła pocałunek na czole. Dzieci były tak oszołomione tym spotkaniem, że ledwo tknęły postawiony posiłek i zasnęły na poduszkach położonych na wełnianych matach pod rozłożystą oliwką.


Dwoje dzieci śpi na kocu pod dużym drzewem w sielskiej scenerii. Jedno z nich ubrane w pomarańcz, drugie w lekką koszulę. Spokojna atmosfera.

Słońce przyjemnym ciepłem tańczyło po ich twarzach. W tym zacisznym miejscu zostawiono je ich rytmowi potrzeb. Sen był najlepszym lekarstwem na bolące serca dzieci. Poza tym wstały dziś przed świtem, więc...


Co się wydarzyło dalej? Wyjaśnia Adwenowa droga do Domu Chleba w kolejnym rozdziale.


Psalmy od wieków towarzyszą ludziom w wędrówkach, ucieczkach, powrotach, nocach spędzanych „na uboczu”. Były modlitwą pielgrzymów, rodzin, wygnańców i tych, którzy nie mieli świątyni - tylko drogę.


Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy.

Dzisiaj powtarzaj z Psalmu 46:

„Pan jest moją ucieczką i moją mocą: łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach... Bóg nam pomoże o brzasku poranka... Pan Zastępów jest z nami. Bóg Jakuba jest dla nas obroną.


Prefer to read in English? You can find the English version here:

Komentarze


© 2025 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page