Rozdział 5 – Adwentowa droga do Domu Chleba: Na spotkanie z Mamą!
- Beata
- 8 sty
- 4 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 13 sty
Adwenowa droga do Domu Chleba zaczyna się o świcie – w ciszy, w prostocie i w gotowości serca. To opowieść o drodze, która prowadzi przez posłuszeństwo i zaufanie, zanim pojawi się ciepło domu i zapach chleba. Każdy krok tej wędrówki uczy, że nie wszystko da się przyspieszyć, a to, co najważniejsze, rodzi się powoli – w drodze.
Na spotkanie z Mamą! - Adwentowa droga do Domu Chleba
Wczesnym rankiem mama Sary, Noemi, obudziła Marcela i Gabi.
– Wstawajcie! Musimy iść szybciutko. Zaprowadzę was do Mamy.
Dzieci, chociaż zaspane, zerwały się na równe nogi, bo bardzo chciały wrócić do rodziców. Zebrały się posłusznie. Pożegnały się z resztą rodziny, która też powoli przygotowywała się do śniadania i dalszej drogi.
Mimo obfitej rosy i mgieł nisko unoszących się nad ziemią ich ubrania były suche. Ktoś w nocy czuwał nad nimi, szczególnie nad Gabi, która w swoim łóżku fikała nogami i jeździła ciałem we wszystkie strony, często zwalając kołdrę na podłogę. Marcel nie obudził się ani razu spocony z gorąca, żeby zrzucić koszulkę i w ten sposób się schłodzić. Spali całą noc pod gołym niebem, tak jak zasnęli. Jakim cudem?
Noemi zarzuciła na nie koce z owczej wełny, które nie nasiąkają rosą tak szybko. Tylko zewnętrzna warstwa była wilgotna. Kiedy dzieci już spały, zaczął mżyć deszcz – bo zima w Palestynie to pora deszczowa – mąż Noemi zerwał się szybko na równe nogi i z pomocą służących rozpostarli dużą płachtę nad śpiącymi. Utworzyli taki jedno-kocowy namiot.
Kiedy Gabi bawi się z Natalią w dom, to też często zawieszają na krzesłach prześcieradło lub kocyk, aby utworzyć sobie daszek, namiocik. Mama pokazała jej tę sztuczkę, bo sama jako dziecko organizowała rodzeństwu takie domki do zabawy. Nie miała skór owczych lub kozich, aby rozłożyć je na ziemi. Nie potrzebowała ochrony przed zimnem i wilgocią.
Tutaj dzieci nawet nie zwróciły uwagi na to, co i gdzie było układane na nocleg – nie miały na to czasu.
Służący również pilnował, żeby ogień nie wygasł, dokładając co jakiś czas suche gałązki. Dym odstraszał dzikie zwierzęta i drapieżne ptaki, a ogień ocieplał i osuszał powietrze.
Gabi i Marcel zarzucili na plecy swoje plecaczki i po szybkim śniadaniu, praktycznie w biegu, ruszyli za Noemi i jej służącą polną ścieżką na brzegu polany. Przyłączyło się do nich kilku młodych mężczyzn z pozostałych rodzin wraz ze służbą i paroma osłami z pustymi koszami na grzbietach. Chcieli dotrzeć do miasta w czasie, kiedy rzemieślnicy otwierali swoje warsztaty, a studnia była dostępna i goście mogli być przyjęci, żeby otrzymać poczęstunek. Mogli też zrobić zakupy – nie w Lidlu czy Super Store ani im podobnych, ale od mieszkańców: wszystko BIO, z przydomowych ogrodów.
Marcel spojrzał na osła idącego przed nimi. Po obu stronach zwierzęcia zwisały zupełnie puste wiklinowe kosze, lekko podskakujące przy każdym kroku. I nagle chłopiec wybuchnął śmiechem, który próbował ukryć przed innymi. Skojarzyła mu się jego ulubiona gra – „level 1 gracza” w Minecrafcie, w której bohater zaczyna przygodę z całkowicie pustym ekwipunkiem: żadnych narzędzi, żadnych skarbów, tylko otwarte miejsce na to, co dopiero znajdzie, i wyrusza gotowy na lootowanie całego świata. Dokładnie tak samo wyglądał teraz osioł: jak postać z gry tuż przed wyruszeniem na wielkie zbieranie skarbów. A kiedy jeden z koszy odbił się od boku zwierzęcia i zagrzechotał, Marcel pomyślał, że brakuje tylko krótkiego dźwięku „ding!” – jakby gra właśnie ogłosiła: „Misja rozpoczęta!”. To było tak absurdalne, że musiał udawać kaszel jeszcze mocniej, kiedy krztusił się ze śmiechu. Nie chciał urazić podróżujących z innego świata, którym w żaden sposób nie byłby w stanie wytłumaczyć, co go tak rozbawiło.
Pomogła mu Gabi, przerywając swoim głośnym pytaniem tok jego wyobraźni:
– Marcel, dlaczego z nami idzie Noemi, a nie jej mąż i tylu innych młodych mężczyzn? Dlaczego, poza jedną służącą, nie ma więcej kobiet?
Marcel, rozbawiony własną wyobraźnią, ze zdziwienia otworzył buzię, żeby coś głupiego odpowiedzieć na pytanie siostry, ale nie zdążył. Noemi, która za rękę trzymała dziewczynkę, też usłyszała pytanie.
– Z kilku powodów, kochana. Przed nami godzina drogi, której nie znamy, a oni są wysportowani i silni.
Tu Marcel skrzywił się z przekąsem, bo nie widział tej siły mięśni schowanej pod luźnymi ubraniami. Nie widział też żadnej „broni w razie czego” poza kilkoma kijami pasterskimi. Czasami spotykał w parkach ludzi spacerujących z dwoma kijkami, ale nie zwracał na to specjalnej uwagi – nie wchodziło to w zakres jego zainteresowań. Tymczasem Noemi kontynuowała:
– Mamy możliwość zaopatrzenia się w mieście w świeże produkty i inne przedmioty na dalszą drogę.
– Czyli co? – wrzucił Marcel z zaciekawieniem.
– Czyli możemy kupić świeży, pachnący chleb, który wzrastał w cieple przez całą noc. My w drodze nie mamy możliwości na taką fermentację ani pieców na upieczenie chleba. Może uda nam się kupić suszone ryby, daktyle, oliwki… A targi o tej porze są raczej zatłoczone i głośne.
– Czy my pójdziemy na targ? – zapytała zaciekawiona Gabi. Jeszcze wczoraj dostrzegła na ręce Sary oryginalne bransoletki i też zamarzyła o takich.
– Nie. Krótko i stanowczo zakończyła Sara.
No cóż. Adwentowa droga do Domu Chleba nie jest łatwą podróżą. Dzieci uczą się posłuszeństwo przede wszystkim. Inne czasy, inne wymagania i... wszystko inne. Inne? Wszystko? Rzeczywiście? Hmmm. Czytaj dalej Adwentową drogę do Domu Chleba.
Rozdział 6 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Przygody po drodze na spotkanie z Mamą!
Prefer to read in English? You can find the English version here:





Komentarze