top of page

Rozdział 21 – Adwentowa droga do Domu Chleba: dzieci odkrywają tajemnice pracy w gospodarstwie

  • Beata
  • 25 sty
  • 9 minut(y) czytania

Dzieci odkrywają tajemnice pracy w gospodarstwie – Adwentowa droga do Domu Chleba

 

Po jakiejś chwili, kiedy Marcel skończył oglądać narzędzia, zorientował się, że Gabi zniknęła. Rozglądając się uważnie wrócił na dziedziniec, ale i tu nigdzie jej nie dostrzegł. Wstydził się ją wołać, więc zaczął biegać zaglądając w różne zakamrki.

- Ale się schowała! – westchnął trochę zniecierpliwiony, a trochę zaniepokojony. – Gdzie ona mogła pójść? Chyba nikt jej nie porwał! – Serce zabiło mu mocniej. W końcu znaleźli się w nietypowej sytuacji i do tej pory nie tracił Gabi z oczu. Stał koło studni i myślął krążąc wzrokiem dookoła. W jednym kącie zobaczył młodą służącą, która niosła koszyk ziaren i zniknęła w kolejnym pomieszczeniu. Postanowił pójść za nią. Oczywiście, intuicja go nie zawiodła...

Tymczasem Gabi chciała się schować przed Marcelem i weszła do pomieszczenia, którego wnętrze było ciemniejsze niż dziedziniec, pachniało dymem ogniska i świeżym ziarnem. Pośrodku stało palnisko z kamieni, nad którym wisiały gliniane garnki i dzbany z wodą. W kątach leżały worki z ziarnem i oliwę w glinianych dzbanach. Na prostym kamiennym żarnie ręcznym kobieta rozcierała ziarno, powoli zamieniając je w mąkę. Na półkach suszyły się zioła i owoce, a w powietrzu mieszał się zapach dymu, ziół i świeżo mielonego ziarna. Gabi przystanęła na chwilę, obserwując uważnie każdy ruch, zafascynowana tym, co zobaczyła.


Podeszła bliżej kamiennym żarnom. Były proste, ale potężne – dwa okrągłe kamienie, jeden nieruchomy ułożony na drewnianej podstawie, a drugi obracany ręką. Kobieta wsypywała ziarno między nie i powoli, cierpliwie, kręciła górnym kamieniem, aż powstała drobna, pachnąca mąka. Każdy ruch wymagał siły i precyzji, a ziarno szeleściło cicho, zamieniając się w proszek, który spadał do glinianej misy.

Gabi stała obok, patrząc zafascynowana.

- Mogę spróbować? - zapytała nieśmiało. Kobieta uśmiechnęła się i skinęła głową. Dziewczynka podniosła ręce i ostrożnie położyła je na górnym kamieniu. Obracała go powoli, początkowo ledwo ruszając, ale z każdą chwilą coraz pewniej. Szelest ziarna, zapach świeżej mąki i ciepło kuchni wypełniły ją radością.

Po kuchni unosił się przyjemny zapach świeżo pieczonego chleba, który pewnie zwabił Marcela, szukającego Gabi. W kącie, naprzeciw wejścia, na niskim stołku siedziała młoda służąca z czymś na kolanach – małym ręcznym młynkiem, w którym mogła mielić niewielką ilość ziarna. Obracała wałek w górnym kamieniu, a drobna mąka spadała do miski.

Marcel zza progu dyskretnie i z podziwem obserwował, co się działo w kuchni. Gabi czuła się jak prawdziwa gospodyni, uczestnicząc w codziennej magii domu, który nagle stał się jej małym światem odkryć.

W rogu kuchni stał prosty piec gliniany, w którym pieczono bochenki chlleba ze świeżo mielonej mąki. Ciepło z pieca wypełniało pomieszczenie, a aromat świeżego chleba mieszał się z dymem i suszonymi ziołami na półkach. Marcel cichutko przemieszał się po pomieszczeniu ogladając każdą rzecz z uwagą – jak w muzeum. W końcu podszedł do Gabi i delikatnie dotknął jej ramienia. Mimo tego, dziewczynka wyrawana z czynności, na której skupiła całą swoją uwagę, podskoczyła i azwolała:

- Marceeeeellll!


Dziewczynka mieląca zboże kamiennym młynkiem w rustykalnym wnętrzu, obok stoi kobieta i chłopiec, ciepłe oświetlenie, kamienne ściany.

On grzecznie zapytał.

- Czy ja też mogę spróbować? – Gabi podnisła się z uśmiechem ustępując mu miejsca i w momencie znalazła się w rogu kuchni przy młdoej służącej kręcącej młynkiem. Popatrzyła chwilę z zachwytem, a gdy zobaczyła, że z młynka na kolanach służącej już nie leci mąka, poczuła ochotę, by spróbować sama. Zamieniły się miejscami i Gabi  delikatnie dotykając wałek zaczęła nim kręcić. Najpierw powoli, a potem szybciej i szybciej. Obserwowała, jak ziarno zamienia się w mąkę w jej własnych rękach.

 

Marcel kręcąc kamiennym kołem spojrzał na kobietę, która pozwoliła mu spróbować mleć mąkę:- Co to jest? Jak nazywa się to urządzenie? – zapytał z ciekawością.

Kobieta uśmiechnęła się lekko i poprawiła kamień.- To są żarna – odpowiedziała.

- A skąd masz takie płaskie kamienie?

- Z kamieniołomu w Galilei - odparła spokojnie. - Tam jest twardy kamień, dobry do mielenia. Najpierw wybiera się głaz, potem mężczyźni go łamią i długo szlifują, żeby oba kamienie dobrze do siebie pasowały. Muszą być chropowate, ale równe - inaczej ziarno się nie rozetrze, a mąka byłaby pełna okruszków. Takie żarna służą latami. Te mam jeszcze po mojej matce.

Marcel przez chwilę kręcił kamieniem, po czym zatrzymał się i zapytał:- Jak często musisz mleć to ziarno?

Kobieta otarła dłonie o fartuch i spojrzała na glinianą misę z mąką.- Codziennie - odpowiedziała. - Albo prawie codziennie. Ziarno miele się tuż przed pieczeniem, bo wtedy mąka jest świeża i pachnie. Gdy leży zbyt długo, traci siłę i chleb nie rośnie tak, jak powinien.

Wsypała do żaren kolejną garść ziaren. Kamień znów zaszeleścił cicho. Kobieta uśmiechnęła się do dzieci i pokazała im kosze pełne ziaren.

- Zobacz, Marcelu – zaczęła - w tych koszach mam różne ziarna. Poczuj ich kształt i ciężar, dotknij je - każde jest inne. Pszenica daje miękki chleb, jęczmień jest twardszy i bardziej pożywny.

Marcel przyglądał się ziarnom z uwagą, a Gabi, zostawiając na chwilę swój młynek, podbiegła do niego.

- Ja też chcę poczuć te ziarna! Jak się wszystkie nazywają i jak je rozróżniasz?” – zapytała z ciekawością w oczach.

Kobieta wzięła do ręki garść jęczmienia i pokazała dzieciom.

- To jest jęczmień - krótki i zaokrąglony, szarobrązowy, z delikatnym słodkawym zapachem. Zobaczcie, jęczmień daje mąkę cięższą, ciasto będzie zwarte i sycące, chleb trochę twardszy.

Dzieci przesypywały ziarna między palcami próbując zapamiętać ich nazwy i właściwości.

- Chodźcie teraz do drugiego kosza. Tu mam płaskurkę. Widzicie różnicę?

 – O tak. – stwierdził Marcel. – Jest wydłużona, złocista, pachnie lekko orzechowo.

Dokładnie. – potwierdziła kobieta. - Z niej mąka jest jaśniejsza i bardziej elastyczna, ciasto rośnie łatwiej, chleb po upieczeniu jest delikatniejszy i miękki.

Następnie kobieta wzięła do każdej ręki trochę ziaren prosa i bobu i przesypała je w garści Marcelowi i Gabi.

To jest bób i drobniutkie proso. Dodajemy ich tylko trochę i to nie zawsze, ale dzięki nim chleb staje się bardziej pożywny i lekki. Proso jest lekkie, a bób daje moc i siłę, choć trzeba go dobrze zmielić, żeby ciasto było gładkie.

- Skąd ty to wszystko wiesz? – zapytała Gabi. Kobieta roześmiała się. – Od mojej mamy, a ona od swojej i tak z pokolenia na pokolenie poznajemy i uczymy się od siebie.

Podeszła do półki i zdjęła z niej dużą glinianą misę i podała dzieciom zwinięte lniane ściereczki.

- Chcecie mi pomóc w przygotowaniu chleba? To zakładajcie fartuchy.

Dzieci rozglądały się dokoła stojąc chwilę niepewnie. Wreszcie Gabi zapytała;

- A gdzie są te fartuchy?

Kobieta roześmiała się serdecznie.

- Trzymacie je w rękach. Wystarczy tylko je rozłożyć i zawiązać wokół bioder.

Dzieci rozwinęły lniane ściereczki, które ku ich zdziwieniu miały po bokach sznureczki. Zawinęły je w dwie strony i zawiązały mocno z boku czekając na dalsze instrukcje. Kobieta popatrzyła na nie w zamysleniu i sięgnęła po mniejszą miskę. Wręczyła ją Gabi. Marcel miał taką średnia, a ona największą. Wszyscy podeszli do mis z mąkami.

 

- Na codzienny chleb zwykle mieszamy dwie części płaskurki i jedną część jęczmienia, czasem dodajemy trochę prosa lub bobu. Dzięki temu chleb jest odżywczy, sycący i łatwy do pieczenia.

I tak jak powiedziała wsypała mąki do swojej misy i zaczęła je równomiernie mieszać ręką. Dzieci dostały różnej wielkości gliniane naczyńka jako odpowiednie miarki i zrobiły to samo. Gabi była w siódmym niebie. Uwielbiała mieszać mąkę, kaszę, piasek i chwasty na „yakky soup”, a teraz wszystko było real!

Marcel patrzył z ciekawością i mieszał swoje mąki, próbując wyobrazić sobie, jak różne kształty i kolory ziaren zamienią się w codzienny, pachnący chleb.

Czuł, że ten poranek jest nie tylko nauką o chlebie, ale także o cierpliwości, staranności i codziennej pracy, dzięki której powstaje coś tak prostego, a jednocześnie tak potrzebnego – codzienny chleb, który karmi rodzinę i daje siłę na cały dzień. Dzieci czuły, że stają się częścią codziennej, żywej tradycji domu chleba.

- Najczęściej mielimy jęczmień i pszenicę. Jęczmień jest prosty, sycący - z niego robi się placki na co dzień, takie płaskie, pieczone na ognisku, jak jedliście wcześniej z zupą. Pszenica jest delikatniejsza, dobra na chleb na szabat albo gdy są goście. – tłumaczyła jeszcze kobieta.


Kobieta z dwójką dzieci zagniata ciasto w kamiennej kuchni z piecem. Wszystko w ciepłych, naturalnych kolorach. Wesoła atmosfera.

- Teraz dolejemy wody, ale stopniowo. Patrzcie uważnie co i jak będziecie robić.

Służąca najpierw wzięła mały gliniany dzbanek i polała mąkę bardzo powoli, cienkim strumieniem, mniej więcej tyle, by zwilżyć jej powierzchnię.

- Gabi, na twoją miskę potrzebujesz niecałą garść wody na początek, Marcel troszkę tylko więcej.

Woda była ze studni, chłodna, przyniesiona o poranku, ale dzbanek stał już chwilę w kuchni, więc nie była lodowata.

- Teraz delikatnie mieszmy -  tylko palcami – budzimy mąke ze snu. Suchy proszek zaczął łączyć się w grudki, przyklejać do skóry.

Po chwili każde dolewało więcej wody, odrobinę. Gdy mąka zaczęła łączyć się w grudki, dolała znowu trochę - zawsze małymi porcjami. Mówiła:

- Zgarniamy mąkę ze ścianek misy, o tak... i dociskamy ją ku środkowi całą dłonią teraz.- Ciasto stawało się cięższe, wilgotne, gładkie. Już nie rozsypywało się, ale też nie było lepkie.

Dopiero wtedy sięgnęła po zaczyn. Mały kawałek starego ciasta, zachowany z wczoraj, pachnący lekko kwaśno. Oderwała go, rozciągnęła palcami i włożyła każdemu odpowiedni kawałek w środek świeżego ciasta. Kazała dzieciom zagniatać dalej - składać, dociskać, zawracać. Zaczyn znikał w cieście, jakby wchodził w nie całkiem.

- Starannie, cierpliwie.. – myślał Marcel, a Gabi już bolały ręce. Chętnie poszłaby do nowej zabawy, ale się wstydziła. Miała na sobie tyle oczu, bo i dziewczynka w kącie przestała kręcić młynkiem i w ciszy przyglądała się dzieciom.

Teraz była kolej na sól. Dziewczynka podeszła z małym naczyniem.

- Co tam masz? – zapytała Gabi.

- Sól. Jest gruboziarnista, zebrana z okolic Morza Martwego albo z solanek.

Suchą ręką wzięła jej dosłownie szczyptę na jedną miskę - tyle, by podkreślić smak i wzmocnić ciasto, ale nie zabić jego życia. Rozcierała sól w palcach i rozsypywała po powierzchni. Potem każdde z nich jeszcze chwilę ugniatało ciasto, żeby równomiernie się rozeszła.

- Sól chroni chleb, daje mu trwałość i smak, ale jeśli da się jej za dużo albo za wcześnie, zaczyn słabnie. Dlatego jest ostatnim dodatkiem przed nocnym odpoczynkiem ciasta. – dodała dumnie.

Gdy masa była już sprężysta i ciepła od rąk, służąca wygładziła jego powierzchnię mokrą dłonią, dzieci rownież. Przykryli swoje miski lnianymi ściereczkami. Nie po to, by je schować, ale by chronić przed wyschnięciem.

- Teraz odstawimy misy w miejsce, gdzie dochodzi ciepło z pieca, z dala od przeciągu, tam gdzie w nocy utrzymuje się jeszcze ciepło z dnia. Ciasto musi odpocząć. Nikt go nie dotyka. W ciszy, gdy dom zasypia, zaczyn pracuje powoli przez całą noc w swoim rytmie, nabierając zapachu i siły. Przeważnie robimy je wieczorem, ale dzisiaj ze względu na was będzie rosło dlużej. – i roześmiała się, a dzieci razem z nią.

- Ale ja bym chciał skosztować takiego chleba. – ze smutkiem powiedział Marcel rozglądając się po kuchni.

Służąca zatrzymała się zamyślona, ogarnęła go za ramię i poprowadziła w inny kąt dużej kuchni. Tu, na półce stały misy przykryte ściereczkami.

- W tej misie mamy dokładnie takie ciasto, jak robiliśmy razem.

- A co jest w piecu? Bo pachnie coraz mocniej. – zapytała Gabi.

- W piecu? Haha ... w piecu też są te same chleby. Jest nas sporo na tym gospodarstwie i każdy je do syta ... i pracuje ... do syta, czyli z wdzięcznością i rzetelnie. Zanim chleb się upiecze przygotujemy następny do włożenia.

Dzieci aż podskoczyły z radości.

Dwie dzieci ugniatają ciasto w rustykalnej kuchni, nadzorowane przez kobietę. Przytulne wnętrze, za nimi ciepły piec chlebowy.

Dzieci dostały porcję wyrośnietego ciasta. Służąca pokazała im, jak podzielić je na kilka mniejszych kawałków i uformować okrągłe, lekko spłaszczone placki. Każdy placek trafiał na czystą półkę obok pieca, przykryty lnianą ściereczką, żeby spokojnie wyrastał. Miski z pozostałym ciastem zostawiano na półkach – z jednej miski wychodziło zwykle cztery, pięć placków, czasem więcej, w zależności od wielkości miski i ciasta.


Kobieta i dwoje dzieci pieką chleb w tradycyjnym piecu, z mąką w tle. Ciepła atmosfera, brązowe i beżowe odcienie.

Kiedy placki urosły i były gotowe do pieczenia, służąca wsuwała je na gorące kamienie pieca przy pomocy drewnianej łopaty, układając tak, by każdy miał miejsce i ciepło z każdej strony. Powietrze w piecu sprawiało, że ciasto delikatnie pęczniało, a powierzchnia zaczynała się złocić. Marcel i Gabi patrzyli z zachwytem, jak zwykłe ziarna, woda i sól, zamienione w gładkie ciasto, stawały się małymi, pachnącymi chlebkami, gotowymi, by nasycić całą rodzinę i dać siłę na cały dzień.


Rodzina w kuchni piecze chleb. Dzieci uśmiechnięte trzymają pieczywo. W tle piec, miski z oliwkami, ciastem. Ciepła atmosfera.

Pokrzepieni i rozgrzani wyruszyli w dalszą drogę w towarzystwie służby. Dzieci jechały na specjalnym wozie przez następne 2 godziny. Rozstali się w miejscowości, w której domy były gęsto wybudowane wzdłuż szerokiej głównej drogi. Józef wspomniał, że w jednym z okazałych domów mieszkają tu jego krewni, ale nie chciał się u nich zatrzymać.



Rodzina w średniowiecznych ubraniach na brukowanej ulicy, z uśmiechniętymi dziećmi, w tle konny wóz i kamienna budowla, spokojna atmosfera.

Przeszli przez cała miejscowość i po godzinie dotarli do wielkiej gospody. Trwały tam akurat uroczystości pogrzebowe, w których uczestniczyli też gospodarze. Duża sala wypełniona była ludźmi. Służba jednak spuściła specjalne maty wiszące u sufitu tworząc osłonę i oddzielne pomieszczenie. Naszych podróżnych obsłużono gościnnie i uprzejmie.


Po uroczystościach przebrani już w codzienne szaty, gospodarze przyszli się przywitać i porozmawiać. Zaproponowali im pobyt w swojej gospodzie. Józef z radością przyjął ich gościnę. Dzień dość chłodny chylił się ku zachodowi. Jakże inny był ten dzień i przyjęcie w obu miejscach. Jakby go nazwać – dzień gościnnych gospodarzy?


W tamtej kulturze przyjmowanie gości było częścią codziennego obowiązku i moralnego powinienia. Każdy podróżny mógł znaleźć się w trudnej sytuacji – Adwentowa droga do Domu Chleba była długa, noce zimne, a jedzenie i woda nie zawsze dostępne.

Przyjęcie podróżnego nie było tylko aktem życzliwości, lecz obowiązkiem wobec Boga i wspólnoty. Gość otrzymywał wodę do umycia nóg, jedzenie, miejsce do spania – wszystko to odbywało się cicho, z szacunkiem i bez pytania o jego historię. Dokładnie to można zobaczyć, w różnych formach, podróżując z nami po Adwentowej drodze do Domu Chleba.


„Błogosławiony jesteś, Panie, Boże nasz, Królu wszechświata, który nas karmisz chlebem i owocami ziemi.”

[Baruch ata Adonai Eloheinu Melech ha-olam, she-zan et ha-olam be-lechem.]


To jest biblijna paralela do błogosławieństwa za chleb i owoce ziemi z Psalmu 104,14‑15:

„On sprawia, że rośnie trawa dla bydła i rośliny na użytek człowieka, aby wydobywał chleb z ziemi, wino, które rozwesela serce człowieka, i oliwę, by lśniła twarz, i pokarm, który wzmacnia serce człowieka.”






Komentarze


© 2025 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page