top of page

Rozdział 18 – Adwentowa droga do Domu Chleba: w drodze przez Judeę

  • Beata
  • 22 sty
  • 5 minut(y) czytania

W drodze przez Judeę - Adwentowa droga do Domu Chleba

Rano, zanim wstało słońce, wyruszyli w dalszą drogę. Zostało im jakieś 10 godzin drogi do Jerozolimy. Wędrowali przez pagórkowaty teren Judei, gdzie miejscami widać było nagie figowce i pojedyncze oliwki. Kiedy doszli do skraju równiny, wyskoczyła prrzed nimi gazela - szczupła, zwinna, o delikatnym pyszczku. Zatrzymała się, patrząc na nich z daleka.

– Ale szybka! – zachwycił się Marcel. Pobiegł za nią, bo chciał ją dotknąć. Narobił przy tym dużo hałasu. Gabi pobiegła za nim i bawili się przez chwilę w berka.

- Jest szybka jak te sarny, co biegaja wokół domu babci w Polsce – roześmiała sie Gabi.

– Gazela to zwierzę wolności – powiedział Józef. – Nasi prorocy wspominali gazelę jako symbol zwinności i piękna. Nic jej tu nie grozi. Ten teren jest jej domem.

A gazela już dawno zniknęła między wzgórzami.

Gdy przechodzili wzdłuż pagórków, Gabi nagle dostrzegła na zboczu naturalne groty - małe wnęki w skale. Marcel podbiegł bliżej, przyglądając się ciemnym wejściom, a Gabi szepnęła:

- Ciekawe, kto tam mieszka?

Józef uśmiechnął się i wskazał ręką:

- Niektórzy pasterze nocują w takich grotach, gdy droga jest długa i daleka od wiosek. Chronią ich one przed wiatrem i chłodem, a latem dają przyjemny cień. Pan zawsze czuwa nad tymi, którzy wędrują Jego drogą.

Dzieci spojrzały po sobie z łobuzerskimi minami gotowe do zabawy. Przez chwilę wyobrażały sobie życie w skalnej kryjówce. Trwało to tylko chwilę ... przez chwilę...

Szybko strząsnęły z siebie te myśli, bo dłużej niż jeden dzień byłoby za dużo. Józef jednak zrobił im niespodziankę i w czasie krótkiej przerwy w podróży zamiast usiąść w cieniu drzew oliwnych, zaprowadził je do pustej groty, do której prowadziło wejście ukryte za krzakami głogu. Marcel nabrał szybciutko wody z pobliskiego źródełka i sam przytachał cięzki bukłak do groty. Umyli sobie ręce oraz stopy w małych miseczkach, jak zawsze. Ten rytuał stał się dla dzieci oczywisty. Zjedli chleb i suszone owoce, popijali wodę z miodem i zaśpiewali Psalm 23: Pan jest pasterzem moim...

Odświeżeni wyruszyli w dalszą drogę.

Po godzinie marszu natrafili na stare kamienne fundamenty, fragmenty dawnych murów rozsypanych po ziemi. Marcel podniósł mały kamień i próbował go przyłożyć do większej resztki muru, udając, że odbudowuje stary dom.

- Tu kiedyś ktoś mieszkał… - powiedział z powagą. Józef kiwnął głową:

- Tak, ziemia pamięta wszystkich, którzy tu pracowali, uprawiali pola i troszczyli się o swoje rodziny. Te kamienie opowiadają historie dawnych ludzi. Gabi też musiała dotknąć zimnego kamienia i próbowała sobie wyobrazić dzieci biegające po dawnych osadach, ale w oczach nie miała innej scenerii niż dotychczasowe doświadczenie.

Miriam - Kobieta w niebieskiej szacie na osiołku i Józef, mężczyzna w brązowym płaszczu z laską na kamienistej drodze, spokojna sceneria o zachodzie słońca.

Wieczorem dotarli do następnego domu i zostali na nocleg. Kiedy młody gospodarz, który nie miał ochoty ich przyjąć, oświetlił lampką twarz Miriam, zaczął żartować z Józefa, że ma taką młodą i piękną żonę. Nikt nie zareagował, jakby nie padły żadne słowa.

W tych czasach kobiety zwykle wychodziły za mąż bardzo młodo, często między 14. a 18. rokiem życia. Mężczyźni byli starsi, zwykle w wieku 25–35 lat, dojrzali i gotowi do podjęcia odpowiedzialności za gospodarstwo i rodzinę.

Na szczęście pojawiła się jego własna żona i przepraszając przybyszów za głupie żarty męża zaprowadziła ich do przyległego domu. Przyniosła im duże, ciepłe placki jęczmienne, wodę z miodem i wodę do mycia.

Mieli godziwe warunki do odpoczynku i spali tym razem na drewnianych łóżkach.

W ciszy późnego wieczoru, kiedy Gabi zasnęła u boku Miriam, Marcel siedział obok Józefa, wpatrzony w jego twarz oświetloną migotliwym światłem oliwnej lampki.

Józef szeptał swoje modlitwy wysławiając Boga za Jego dobroć i opiekę. Marcel się przysłuchiwał jakby do audiobooka i w końcu nie wytrzymał:

- Józefie… - zaczął niepewnie. - Skąd ty znasz tyle psalmów i proroctw na pamięć? Mówisz je tak, jakbyś czytał ze zwoju.

Józef uśmiechnął się dobrotliwie.-Bo Słowo Pana jest jak oddech, synku. Jak coś, co nosisz w sercu, nie w dłoni. Kiedy długo chodzisz Jego drogą, Jego głos staje się twoim światłem.

Po chwili dodał, patrząc na chłopca poważniej:

-Pamiętasz, co dziś usłyszeliśmy? - i zaczął recytować:

„Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz…”

Marcel skinął głową.

- Kierujący… czyli jak? Jak ktoś, kto prowadzi wielbłądy za linę?

Józef roześmiał się cicho.

- Czasem tak mocno nas Pan ciągnie, zwłaszcza kiedy sami nie wiemy, gdzie iść. Ale częściej prowadzi nas jak dobry Ojciec - słowem, pokojem, cichą myślą w sercu.

Marcel spuścił wzrok.

- A… te żarty tego gospodarza o tobie i Miriam… Ledwo wytrzymałem, żeby mu coś nie wypalić z mojego świata. Trochę mnie jego zachowanie zezłościło.

- Rozumiem - odparł Józef łagodnie. - Głupie słowa potrafią zaboleć. Ale właśnie dlatego Pan mówi:

„O gdybyś zważał na Me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka.”

Widzisz, synu… -…kiedy człowiek pilnuje swojego języka, jego słowa niosą pokój, nie zamęt. Głupie żarty są jak kamienie rzucone na drogę - ktoś się może potknąć.

Marcel podniósł oczy.

- A ty się nie złościłeś?

Józef pokręcił głową.

- Po co? Jeśli Pan kieruje tobą na drodze, nie musisz odpowiadać na każdą zaczepkę. Wystarczy, że wiesz, kim jesteś w Jego oczach. O tym pamietaj, wtedy nie sprowokuje cię ani kolega, ani nauczyciel w szkole... ani twoja siostra... – Józef zamilkł zamyślony.

Chłopiec też milczał chwilę, wpatrzony w płomień lampki.

- Chciałbym też tak umieć jak ty… znać Słowo tak dobrze i nie dawać się ponosić głupotom.

Józef położył mu dłoń na ramieniu.

-Nauczysz się, synku. Kroczymy tą drogą razem. A Pan, jak obiecał, będzie cię pouczał w tym, co pożyteczne. I Józef jeszcze raz powoli wygłosił fragment z Izajasza 48,17-19, tak, aby każde słowo głeboko wpadało w serce chłopca.

„Tak mówi Pan, twój Odkupiciel, Święty Izraela: „Jam jest Pan, twój Bóg, pouczający cię w tym, co pożyteczne, kierujący tobą na drodze, którą kroczysz. O gdybyś zważał na Me przykazania, stałby się twój pokój jak rzeka, a sprawiedliwość twoja jak morskie fale. Twoje potomstwo byłoby jak piasek, i jak jego ziarnka twoje latorośle. Nigdy by nie usunięto ani wymazano twego imienia sprzed mego oblicza!”

Józef długo patrzył w ciemność, jakby widział więcej niż tylko drogę. Miriam trwała w milczeniu lub spała z Gabi u boku, Marcel zamyślony, lecz bezpieczny, zasnął koło Józefa. Coś mu sie śniło przyjemnego, bo zaśmiał sie przez sen zanim Józef skończył się modlić.  Tak kończył sięten dzień drogi przez Judeę.


Rano mieli wyruszyć dalej na południe, gdzie czekały miasta, doliny i ludzie - i wydarzenia, które miały zapisać się w pamięci na zawsze czyli Adwentowa droga do Domu Chleba. Droga, którą podejmą w następnym rozdziale.


Józef zacytował długi fragment z Izajasza. Może dzisiaj zamiast psalmu rozważ lub przeczytaj kilka razy to pouczenie proroka.


Prefer to read in English? You can find the English version here:

Komentarze


© 2025 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page