top of page

Rozdział 17 – Adwentowa droga do Domu Chleba - w drodze przez Samarię

  • Beata
  • 21 sty
  • 4 minut(y) czytania

Adwentowa droga do Domu Chleba zaczyna się o świcie – w ciszy, w prostocie i w gotowości serca. To opowieść o drodze, która prowadzi przez posłuszeństwo i zaufanie, zanim pojawi się ciepło domu i zapach chleba. Każdy krok tej wędrówki uczy, że nie wszystko da się przyspieszyć, a to, co najważniejsze, rodzi się powoli – w drodze.


Adwentowa droga do Domu Chleba - w drodze przez Samarię

 W niedzielę, dzień po szabacie, wielu podróżnych opuściło gospodę, więc właściciele bardzo prosili Miriam i Józefa, aby zostali dłużej i przenieśli się do pokoju przygotowanego w domu. Jednak oni udali się w dalszą drogę zaopatrzeni w świeże chleby i suszone owoce.

 Przesuwali się doliną wzdłuż linii gór - lekko na wschód. Szlak przez Dekapol i Perę uchodził za bezpieczniejszy dla Żydów, lecz wymagał przeprawy przez Jordan i to dwukrotnie. Józef wolał tego uniknąć. Dlatego obrali drogę przez Samarię. Nie lękał się Samarytan. Jak zawsze, ufał, że Bóg zawsze czuwa nad każdym ich krokiem i teraz też przeprowadzi ich bezpiecznie przez teren nieprzyjaciół.

Osoby na osiołku w tradycyjnych strojach, patrzą na góry; jedna osoba wskazuje kierunek. Skaliste wzgórza, wieś w dolinie.

Józef wskazał kolejno Górę Ebal i Garizim, wznoszące się po przeciwnych stronach doliny. Na szczycie Garizim widać było kamienne pozostałości dawnej samarytańskiej świątyni — niskie mury i zarys platformy, jaśniejące w słońcu jasnym wapieniem. Z daleka ruiny wyglądały jak drobne znaki odciśnięte na skale, niemal stapiające się z górą.

Kiedy zeszli na równinę Sychar, krajobraz wokół powoli się zmieniał, odsłaniając spokojną i żyzną ziemię. Szli tędy przez sześć godzin z krótkimi przerwami na odpoczynek.

Rodzina z dwójką dzieci spaceruje polną drogą. Mężczyzna prowadzi osła, a chłopiec wskazuje na lecące ptaki. W tle wzgórza i wioska.

Po drodze mijali pola jęczmienia i pszenicy, gdzieniegdzie oliwki, figowce i winorośl, które zimą, mimo chłodu, zachowywały zielone pędy dzięki wilgoci zatrzymywanej między górami.

Gdy przechodzili koło kolejnych pól uprawnych, Gabi zatrzymała się przy niskich, jasnozielonych pędach wyrastających z ciemnobrązowej ziemi.

– A to co jest? Trawa? – zapytała skręcaac w palcach zielony listek jakby chciała z niego wycisnąć sok.

– To jęczmień – uśmiechnął się Józef. – W Judei i Samarii sieje się go jesienią. Zimą rośnie, a wiosną zbieramy. Pan daje deszcz w swoim czasie, aby ziemia mogła wszystkich wykarmić.

Marcel przeciągnął dłonią po miękkich liściach i zauważył, że chłodna wilgoć pozostała na jego palcach. Ziemia pachniała jak po wczesnowiosennym deszczu w ich świecie.

– Z tego, jak dojrzeje, pieczecie chleb i te płaskie placki, które jemy codziennie, tak? – dopytywał.

– Tak. Dlatego ta równina od wieków była spichlerzem okolicy.

Gabi spojrzała na niekończące się rzędy młodych zbóż i powiedziała wzdychając:

– Wygląda jak zielone morze -

Miriam skinęła głową.

– Właśnie tak mówili nasi ojcowie.

Rozrzucone wśród pól stały nieliczne domostwa i małe wioski, czasem przy drodze lub źródle, a czasem jakby schowane w gajach oliwnych. Między nimi, na rozległych łąkach pasły się owce, kozy, a czasem bydło. Za każdym razem, kiedy mijali pasące się kozy, Gabi wołała je przedrzeźniając beee ... a one często do niej biegły po zieloną gałązkę.

Mimo obecności ludzi i zwierząt, równina wciąż dawała poczucie przestrzeni i swobody, a powolny rytm życia wsi harmonizował z ich własnym, wędrownym krokiem.

W pewnym momencie małe stadko przepiórek gwałtownie wzbiło się w powietrze, trzepocząc skrzydłami. Gabi aż podskoczyła, a Marcel parsknął śmiechem:

– Patrz! One biegną jak nasze przepiórki na polach koło domu. Te same, co zawsze chowają się między zbożami, gdy podglądam je z balkonu!

– Czy one zawsze tak śmiesznie uciekają? – zapytała Gabi, bo akurat nie obserwowała życia ptaków na rodzinnych polach.

– Zawsze, córeczko – odpowiedziała Miriam. – Ale za to ich mięso jest lekkie i zdrowe, dlatego wędrowcy czasem próbują je złowić.

Dzieci wytrzeszczyły oczy. Nie wiem czy z niedowierzania, czy po prostu nie mogły sobie wyobrazić rosołu z przepiórki. Jajek ich, chociaż były dostępne w Lidl, też nie jadły. Wolały tradycyjne – kurze.

Zatrzymali się nieco dłużej w wiejskim domu stojącym samotnie na uboczu drogi. Otaczały go pola uprawne i ogrody, należące do okolic Sychem. Dozorca uprzejmie ich przyjął i ugościł, a Józef pobłogosławił jego dzieci.

Droga nadal była równa i wygodna, więc Miriam częściej chodziła pieszo. Gabi trzymała Ją za rękę i równo dotrzymywała kroku, ożywiona pięknem okolicy.

Pośród pól przeleciało nad nimi małe stadko żołn — barwnych ptaków, którew cieplejsze zimowe dni polują na owady. Ich skrzydła błyszczały zielenią i złotem. Marcel aż się zatrzymał, by popatrzeć, a Józef opowiedział mu, że te ptaki wracają każdego roku prawie w to samo miejsce.

Gabi była tego dnia bardziej rozmowna. Opowiadała o swoim domu, rodzicach, szkole, o tym, czego nie lubi. Miriam słuchała z wielką uwagą, od czasu do czasu ściskając jej dłoń i odpowiadając łagodnie na pytania.

Kiedy zatrzymywali się na krótką chwilę w cieniu oliwnego drzewa, by posilić się jęczmiennym chlebkiem i wodę z odrobiną miodu, którą pili z małych, brązowych dzbanuszków ze spiżu. Gabi bardzo lubiła te dzbanuszki. Obracała nim próbując jak lusterkiem „złapać zajączka”, ale one tylko delikatnie mieniły się w zimowym słońcu.

Gdy już dotarli do przydrożnego domu było ciemno. Gospodarz nawet nie chciał rozmawiać z Józefem. Nie otworzył wcale drzwi do domu.

- Daj mi spokój. Idź stąd. Nie mam miejsca - syczał ze złością. Zrozpaczony Józef błagał:

- Szliśmy cały dzień. Moja żona jest bliska rozwiązania. Zlituj się chociaż nad Nią. Zapłacę. Nie chcę za darmo.

- To nie jest gospoda! Mówiłem ci już tyle razy. Daj mi spokój i przestań w końcu pukać!

Rodzina w szopie w nocnej scenerii: kobieta i dzieci odpoczywają na sianie, mężczyzna karmi osła. Nastrojowe, ciepłe światło lampy.

Odeszli od domu. Józef zapalił glinianą lampkę oliwną i rozejrzał się wkoło. Na uboczu stała stara szopa. Wszyscy do niej weszli. W jednym kącie Józef wysypał słomę i paszę dla osła, a w drugim przygotował posłanie dla Miriam i dla nich. Przetrwali tę zimną noc.

Nawet w skromnej szopie wdzięczność i troska sprawiły, że noc Adwentowej Drogi do Domu Chleba stała się bezpieczna i ciepła.

Józef i Miriam zadbali o to, by wszystkim było wygodnie, a dzieci przetrwały chłód otoczone miłością i ochroną. Gdy mijała noc, ich serca wypełniały się nadzieją i gotowością na dalszą drogę. Józef powtarzał cicho Psalm 46:

„Pan jest moją ucieczką i moją mocą: łatwo znaleźć u Niego pomoc w trudnościach... Bóg nam pomoże o brzasku poranka... Pan Zastępów jest z nami. Bóg Jakuba jest dla nas obroną.

Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy. Powtarzaj dzisiaj z Józefem Psalm 46.


Prefer to read in English? You can find the English version here:



Komentarze


© 2025 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page