top of page

Rozdział 11 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Druga noc w podróży z Nazaretu

  • Zdjęcie autora: Beata
    Beata
  • 15 sty
  • 3 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 6 lut

Druga noc w drodze z Nazaretu – na postoju w Galilei - Adwentowa droga do Domu Chleba

Gdy światło w oddali z każdym krokiem migotało coraz wyraźniej, tak iż w końcu nawet Gabi mogła je dostrzec, Józef odetchnął z ulgą. Dziewczynka zaczęła podskakiwać z radości i klaskać, bo nocne odgłosy napawały ją strachem. Stanęli przed skromną szopą pasterską, spowitą wieczorną mgłą. Jak myślisz, co na nich czekało na tej adwentowej drodze do Domu Chleba? Zobaczysz, kto im otworzy drzwi do szopy.

Gościnni pasterze powitali ich serdecznie i szybko uporządkowali wnętrze dla zmęczonych podróżnych. Rozłożyli świeżą słomę, by mogli usiąść wygodnie, a Józef otrzymał chrust na ognisko, które miało wkrótce rozświetlić wnętrze ciepłym, przyjaznym blaskiem. Dzieci uśmiechały się, czując bezpieczeństwo i życzliwość gospodarzy. Zniknął strach na widok tylu obcych mężczyzn,  ustępując miejsca poczuciu spokoju i wdzięczności.

Starszy pasterz pojawił się w drzwiach z wąskim, brązowym dzbankiem. Rozlał jego zawartość do małych glinianych kubeczków. Podróżni wypili z wdzięcznością podarowane im mleko - jeszcze ciepłe, gęste, pełne zapachu owczego runa.

W domu dzieci nawet nie tknęłyby takiego napoju; Marcel twierdził zwykle, że „kozie mleko śmierdzi jakby koza sama go pilnowała w środku”. Teraz jednak o nic nie pytały. Zapach był podobny, nie miało znaczenia dla nich czy to koza czy owca, śmierdziało tak samo. Wstydziły się w takim otoczeniu narzekać czy marudzić. Podziękowały uprzejmie.

Jeden z pasterzy, barczysty i wesoły, dodał im odwagi. Delikatnie trącił Marcela w ramię i uśmiechnął się tak, jakby miał zaraz wywinąć jakiś kawał.

Rodzina siedzi przy ogniu w kamiennym pomieszczeniu. Starszy mężczyzna nalewa napój do kubków dzieci. Nastrojowa, ciepła scena domowa.

- Pij, chłopcze! - mrugnął. - Od razu odzyskasz siły. A jak wypijesz do dna, to nawet owca, od której to mleko pochodzi, będzie z ciebie dumna!

Gabi zachichotała cicho, a Marcel z tym swoim figlarnym uśmiechem, bo z natury był odważny i wesoły - trochę zawstydzony tym razem, a trochę rozbawiony dowcipnym komentarzem, uniósł kubeczek i wypił łyk, próbując nie skrzywić się zbyt wyraźnie.

Miriam, stojąca obok, uśmiechnęła się łagodnie widząc, jak dzieci przełamują swoją nieśmiałość. Jej spojrzenie było pełne zachęty, ale i taktu, jakby mówiła: „To dobrzy ludzie… jesteście tu bezpieczni.”

Józef również uniósł wzrok znad ognia. Zauważył minę Marcela po pierwszym łyku i, udając całkowitą powagę, dodał:

- Widzisz? Życie w drodze ma swoje smaki. Jedne są trudniejsze… (po chwili zerknął do kubeczka chłopca)… a inne, na szczęście, znikają szybciej niż myślisz.

Pasterze roześmiali się cicho. Jeden klepnął drugiego w ramię i powiedział półgłosem:

- Ten mały ma odwagę. Pierwszy łyk owczego mleka to dla wielu większa próba niż przeprawa przez góry!

Gabi, ośmielona całą atmosferą, uniosła swój kubeczek i ostrożnie powąchała mleko. Zaskoczona jego delikatnością, szepnęła:

- Wcale nie takie straszne…

Ale jedną ręką ścisnęła nos, a drugą przychyliła kubek do ust.

A Maryja, kładąc jej dłoń na ramieniu, odpowiedziała cichutko:

- Czasem to, czego się boimy, okazuje się darem.

Postacie siedzą wokół ogniska w drewnianej chatce, pijąc z glinianych kubków. Nocne niebo w tle. Ciepła, przyjazna atmosfera.

Ogień trzaskał w ciszy, a nad ich głowami zimowe niebo jaśniało pierwszymi gwiazdami. Atmosfera kolacji stała się lżejsza, cieplejsza - tak jakby wraz z tym jednym kubkiem mleka dzieci zostały naprawdę przyjęte do kręgu podróżnych.

Nadeszła pora nocnego odpoczynku. Pasterze wyruszyli do swoich owiec zostawiając naszą rodzinę w ciepłej szopie.

Dzień zakończyli wspólną modlitwą:

[Baruch ata Adonai, Eloheinu Melech ha-olam, asher kidshanu b’mitzvotav v’tzivanu lishmor et hanefesh v’la’anachot beshalom.]

 „Błogosławiony jesteś, Panie, Boże świata, który nas uświęcasz przy swoich przykazaniach i nakazujesz dbać o duszę i odpoczynek w pokoju.”

Każdy zwinął się na swoim posłaniu owinięty wełnianym kocem. Kiedy Marcel przekręcał się na drugi bok dostrzegł w świetle księżyca przenikającym do środka przez szpary w ścianach jak Miriam klęczy pochylona do przodu z rękami wzniesionymi do góry zatopiona w głębokiej modlitwie.

Józef też nie spał. Modlił się trochę inaczej.

Marcel naciągnął koc na głowę i szybko odpłynął w głęboki, zdrowy sen. Śnił mu się dzień pełen niespodzianek na Adwentowej drodze do Domu Chleba - z Nazaretu do Betlejem.

Adwentowa droga do Domu Chleba od wieków jest modlitwą wędrowców serca – pielgrzymów, wygnańców nadziei, tych, którzy mają tylko drogę i głód. To pozwolenie, by Słowo Boże szło z nami tam, gdzie jesteśmy – aż do Betlejem, aż do pełni Chleba.


Kiedy spać nie możesz, powtarzaj słowa z Psalmu 3:

"Panie, Ty jesteś dla mnie tarczą... Kładę się, zasypiam i znowu się budzę, bo Pan mnie podtrzymuje. Wcale się nie lękam tysięcy ludu, choć przeciw mnie dookoła się ustawiają.... Tyś chwałą moją i Ty mi głowę podnosisz."


Prefer to read in English? You can find the English version here:


Komentarze


Join The Blessed Word Journey: 

More than words - it's the path of life. Follow along and stay inspired!

  • Facebook
  • Instagram
  • Pinterest

© 2026 przez theblessedword. Dumnie stworzony z Wix.com

bottom of page