Rozdział 10 - Adwentowa droga do Domu Chleba: Dzień drugi wędrówki z Nazaretu do Betlejem
- Beata
- 14 sty
- 3 minut(y) czytania
Dzień drugi wędrówki z Nazaretu do Betlejem - Adwentowa droga do Domu Chleba
Pogoda zmieniła się przez noc. Niebo zasłoniły ciemne chmury i dzień był mroźny. Na wyższych odcinkach górzystej ścieżki padał śnieg. Wszyscy zmarzli wyjątkowo, a szczególnie Miriam. Gabi starała się dotrzymać kroku Józefowi i Marcelowi, biegnąc lub poskakując od czasu do czasu, więc nie było jej tak zimno jak Miriam siedzącej na osiołku. Józef znał dobrze te okolice.
Kiedy po czterech godzinach dość szybkiego marszu znaleźli się w dolinie prowadzącej do następnej góry, Józef zszedł trochę z głównej drogi, aby zatrzymać się na odpoczynek pod pięknym, rozłożystym drzewem terebinowym.
Rozłożył pod nim maty, na których mogli usiąść opierając się o gruby pień drzewa. Miriam modliła się o ciepło, żeby nie zamarzła, bo tak dziwnie przesiąknieta była chłodem zimowego powietrza. Bóg dał jej łaskę rozgrzewając Jej ciało do takiego stopnia, że teraz Swoimi ciepłymi rękami mogła ogrzać pozostałych. Gabi wtuliła się w Nią tak śmiało jak do swojej mamy.

Potem zjedli posiłek, który przygotował Józef. Nie siedzieli tutaj zbyt długo, bo czekała ich jeszcze ponad czterogodzinna wędrówka rozległą doliną do następnej góry.
Druga oślica po prostej drodze dreptała naprzód i znikała im z oczu na jakiś czas albo też wlokła się leniwie z tyłu. Nikt się nią nie przejmował. Marcel czasami wybiegał za nią do przodu, bo ciekawy był tego, co przed nim, ale nigdy nie zostawał z nią z tyłu. Marcel nazwał ją Gipies. Kiedy bowiem dochodzili do skrzyżowań dróg oślica pojawiała się ni stąd ni z owąd przed nimi i wybierała im drogę drepcząc spokojnie przez jakiś czas.
Wtedy Józef usadzał Gabi i Marcela na jej grzbiecie i sam mógł iść trochę szybciej. Dzieci śmiały się, machały rękami, jakby to one wskazywały kierunek. Udawały, że są GPSem przedrzeźniając jego wiadomości. Wymyślały swoje polecenia szybciej niż się przemieszczały.

- Za 200 metrów skręć w prawo! Trzymaj się prawego pasa! - poważnym glosem dyrygowała Gabi.
Na skrzyżowaniu Marcel ubiegał ją wyciągając rękę w określonym kierunku.
- Na rondzie zjedź trzecim zjazdem. Uważaj na pieszych lub inne pojazdy.
- Zwolnij! Jedziesz za szybko! Przekroczyłaś dozwoloną prędkość!
- Uwaga na dzikie zwierzęta!
- Uwaga! Stado owiec! Zatrzymaj się i pozwól im przejść!
Na każdym odcinku, kiedy tylko mogły wpakować się na grzbiet Gipies, prześcigały się w nowych poleceniach. Józef uśmiechał się z troskliwym pobłażaniem, a Miriam wysyłała za nimi aniołów, żeby nie spadły z oślicy, bo tak się na niej wierciły. Generalnie dzieci były grzeczne, uważne i posłuszne. Czuły się bezpieczne. Z uważnością robiły wszystko, o co prosił Józef, starając się pomóc najlepiej, jak potrafiły.

Na postojach Marcel uzupełniał swój zeszyt notatkami i szkicami. Gabi wyjmowała kredki i rysowała kwiatki i listki. Jej książka robila się coraz grubsza od roślin, które suszyła między kartkami.
Kiedy Józef rozmawiał z Miriam i opowiadał o swoim rodzinnym Betlejem, krewnych, przyjaciołach, sąsiadach i różnych miejscach, przysłuchiwały się uważnie. Próbowały sobie wyobrazić to, o czym opowiadał.
W końcu doszli do północnej strony góry, gdzie łagodniejsze zbocza opadały w stronę doliny Esdraelon, między pagórkami Galilei a pierwszymi wzgórzami Samarii. Wokół rozciągały się pola uprawne i małe, rozproszone osady, a w dolinie widać było strumienie i gaje oliwne, które mieniły się srebrzystym blaskiem w ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Na jednym ze zboczy natknęli się na większą zagrodę, ale gospodarz, zajęty swoimi sprawami, nie chciał ich przyjąć.
Nie mieli wyścia tylko iść dalej mimo zachodzącego słońca i zmęczenia, mając nadzieję, że wkrótce znajdą bezpieczne miejsce na nocleg.
Chłód wieczornego powietrza przenikał przez wełnianie nakrycia. Gdy zapadł zmierzch, w oddali zaczęły migotać światełka jakiegoś domu lub szopy, obiecując ciepło i schronienie.

Józef prowadził ostrożnie szepcąc spokojnie:
"Pan cię uchroni od zła wszelkiego: czuwa nad twoim życiem. Pan będzie strzegł twego wyjścia i przyjścia teraz i po wszystkie czasy."
Marcel niósł dumnie lampkę oliwną, a Gabi wsłuchała się w kojący szept Miriam, która dziękowała Bogu za bezpieczne prowadzenie. Każdy krok przybliżał ich nie tylko do miejsca odpoczynku, lecz także do odkrywania tajemnicy wielkiego zaufania Bogu, którą widzieli u ich opiekunów.
Tak właśnie toczyła się ich Adwentowa droga do Domu Chleba, krok po kroku prowadząc ich ku nowym cudom i przygodom.
Psalmy od wieków towarzyszą ludziom w wędrówkach, ucieczkach, powrotach, nocach spędzanych „na uboczu”. Były modlitwą pielgrzymów, rodzin, wygnańców i tych, którzy nie mieli świątyni - tylko drogę.
Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy.
Dzisiaj powtarzaj z Józefem powyższy fragment z Psalmu 121.
Prefer to read in English? You can find the English version here:



Komentarze