Rozdział 20 – Adwentowa droga do Domu Chleba: Dzień u gościnnych mieszkańców Judei
- Beata
- 25 sty
- 5 minut(y) czytania
Dzień u gościnnych mieszkańców Judei - Adwentowa droga do Domu Chleba
W południe zatrzymali się przed dużym domem pasterskim w Judei. Ściany budynku były wzniesione z lokalnego kamienia wapiennego, grube i solidne, chroniące przed zimowym chłodem. Dach był płaski, zbudowany z drewnianych belek pokrytych trzciną lub gałęziami, na które nakładano warstwę gliny wymieszanej ze słomą, co skutecznie chroniło przed deszczem i chłodem.
Do domu przylegał osobny budynek gospodarczy, gdzie przechowywano narzędzia pasterskie i gospodarskie: grabie, kosze, siekiery, wiadra, liny i sprzęt do opieki nad zwierzętami. Podwórze było duże i ubite gliną, z wyraźnymi ścieżkami prowadzącymi do stajni i studni.
Obok domu znajdowały się zagrody dla owiec, kóz i drobnego inwentarza, a nieco dalej – stajnia dla osłów i wołów. Na środku podwórza stała studnia, z której woda spływała glinianymi rurami do wanien i poideł dla zwierząt. Choć grudniowa woda była zimna, korzystano z niej codziennie do mycia, pojenia zwierząt i przygotowywania posiłków.
Duże gospodarstwo żyło własnym rytmem: mnóstwo sług krzątało się przy codziennych obowiązkach – karmili zwierzęta, nosili wodę, rozpalali ogień w kuchni i piecu do chleba oraz przygotowywali posiłki.
Wokół rozciągały się pola i gaje oliwne – w grudniu drzewa były uśpione, liście srebrzysto-zielone mieniły się w promieniach słońca, ziemia stwardniała od chłodu. Odgłosy pracy, zwierząt i ciepło ogniska tworzyły atmosferę codziennej troski o dom i rodzinę.
Właściciel okazał się wyjatkowo gościnny. Zadbał, by goście byli obsłużeni i czuli się bezpiecznie.
Nakazał służącemu, by przy studni umył nogi Józefowi i oczyścił i przewietrzył jego ubrania. Tak samo służące zajęły się Miriam i dziećmi, które z początku nie pozwoliły się dotknąć. Przy myciu pomagali im rodzice, jeśli była taka potrzeba i nikt obcy ich nie przebierał. Przekonały służącą, że są bardzo samodzielne i nie potrzebują jej pomocy. Miały ochotę popryskać się wodą z wanny, ale wiedziały, że nie mogą zamoczyć ubrań, bo im nie wyschną przed dalszą drogą.

W osłoniętej części dziedzińca rozłożono maty i poduszki. Chleb i miseczki z zupą postawiono na glinianych tacach, a wszyscy siadali wokół w półleżącej pozycji, jedząc ciepłą zupę i rozmawiając cicho.
Pierwszy raz dostali zupę warzywną pachnącą cebulą i czosnkiem. Pływały po niej duże kawałki marchewki i pietruszki. Podobną zupę gotowała w domu mama.
Dzieci dosyć szybko zjadły i Józef, który chciał, aby Miriam jeszcze trochę odpoczęła, pozwolił im pobiegać wokoło i "zwiedzić" gospodarstwo, a było co oglądać!
Marcel lekko trzepnął Gabi w ramię wołając:
- Łap mnie! - i popędził w stronę pomieszczenia dla zwierząt.
Gabi oczywiście za nim, całkiem szybko, jak na swój wiek.
Z tyłu budynku gospodarczego stało kilka drewnianych słupów tworząc prostokątną konstrukcję. Między nimi, na poprzecznych belkach, rozwieszono świeżo zebrane trzciny i wiązki traw do suszenia. Na dwóch drewnianych drabinach stali pracownicy, którzy układali gotowe wiązki na drewnianej, czy raczej gałązkowej konstrukcji rozciągającej się ponad belkami.
Obok, kilku robotników krzątało się przy przygotowywaniu strzechy – bo tak nazywały się te słomiane wiązki. Sprawnie układali warstwy trzciny i słomy, a następnie mocowali je sznurkiem, by były gotowe do przeniesienia na dach – takie grube słomiane maty.
Było w tym coś fascynującego: wszystko odbywało się ręcznie, bez metalowych narzędzi, a jednak w krótkim czasie robotnicy przygotowywali materiał na cały dach. Marcel próbował przyjrzeć się bliżej, ale robotnicy uśmiechali się przyjaźnie i pozwolili dzieciom obserwować z bezpiecznej odległości.
W powietrzu unosił się zapach wysuszonej trzciny i słomy, a słońce odbijało się od kamiennych ścian budynku gospodarczego. Gabi pomyślała, że każdy taki ruch, każda wiązka, jest częścią codziennej troski o dom – a zarazem częścią tej zimowej, spokojnej pracy, która trwała od pokoleń w Judei.
Marcel zatrzymał się onieśmielony na widok tylu osób w jednym miejscu. Podszedł bliżej, przyglądając się, jak każdy ruch był dokładny i przemyślany – wiązka po wiązce powstawał materiał, z którego wkrótce powstanie dach kolejnego pomieszczenia gospodarczego albo? Marcel zebrał się na odwagę i zapytał najbliżej stojącego pracownika:
- Co wy tutaj robicie? –
Ten uśmiechnął się życzliwie, wyprostował się i uprzejmie objaśnił dzieciom, bo Gabi stała już obok brata.
- Widzisz te gałęzie i kłody do porąbania na opał i te większe kawałki potrzebne do różnych napraw?
- Tak, ależ tego dużo! – zawołał chłopiec.
- No właśnie. Musimy je zabezpieczyć przed deszczem, żeby wysychały do palenia...
- O tak... ja też paliłem ognisko z Józefem i te suche gałązki o wiele lepiej się palą. – Robotnik uśmiechną się i poklepał Marcela po ramieniu.
- Spostrzegawczy jesteś.
Gabi „dołożyła swoje trzy grosze:”
- Dziadziu też ma szopkę do suszenia drewna, ale jest inna, inny dach i drewno też wyglada inaczej. A te wszystkie rzeczy też tu ułożycie? – wskazała na grabie, kosze, wiadra, drewniane łopaty, worki z ziarnem i siano. Rozbawiony robotnik skinął głową:
- Oczywiście. Robotników jest wielu, pracy dużo i potrzeba więcej miejsca do składowania narzędzi. Również pod dachem możemy kroić słomę, mieszać karmę dla zwierząt i przechowywać ją przez jakiś czas.
- A czy ja mogę wejść na drabinę i pomóc? – zapytał Marcel, a Gabi też szeroko się uśmiechnęła na samą myśl o wejściu na dach. Robotnik podrapał sie po głowie nie wiedząc, co im odpowiedzieć. Ale ten, który siedział na pokrytej już części dachu zawołał z góry.
- Jasne. Chodźcie, ale tylko na chwilę.
Nie trzeba było dzieci dwa razy zapraszać. Pobiegły na wyścigi i przepychały się przy drabinie, bo każde chciało pierwsze się wspinać. Drabina się zachwiała, a na jej szczycie robotnik, który jeszcze nie zdążył z niej zejść. Dobrze, że ten z dachu uchwycił ostatni szczebel i przytrzymał go w miejscu. Dzieci się zaczerwieniły, uspokoiły w momencie i przeprosiły za zamieszanie. Marcel pochylił się wpół, jedną rękę zgiął wdłuż piersi, a drugą wskazał Gabi drogę na drabinę:
- Ladies first...

Mała roześmiała się zadowolona i jak wiewióra wskoczyła na szczyt drabiny. Robotnik wyciągną do niej ręce i pomógł usadzić się na dachu. Gabi klęcząc na słomie rozglądała się ciekawie po okolicy. Nie bardzo miała ochotę zejść na dół, ale nic ni powiedziała, kiedy po chwili dobiegł ją z dołu głos brata:
- Teraz moja kolej. Gabi schodź, bo oni muszą pracować.
Wszyscy robotnicy wybuchnęli śmiechem. Ten na dachu pomógł Gabi ustabilizować się na drabinie i dziewczynka posłusznie zeszła na ziemię. Marcel próbował przeskoczyć po dwa szczeble, ale byly one zbyt daleko rozsunięte od siebie, więc spokojnie wspiął się na jej szczyt. Nie przyjął wyciągnietej do pomocy ręki robotnika.
- Ja sam. – szepnął. – O wow! Ale tu fajnie. Szkoda, że moje łóżko nie jest takie wysokie i zamiast materaca nie ma tej słomy.-
Robotnik uśmiechnął się pod nosem, bo nie bardzo wiedział o czym chłopiec mówi. Po chwili, Marcel również samodzielnie, zszedł na dół. Dzieci porozmawiały jeszcze chwilę i Gabi pierwsza zniknęła gdzieś na dziedzińcu.
Gdzie poszła niezauważona? Co Marcel robił w tym czasie? Znajdzie ją? Jak myślisz, co będzie dalej na tej adwentowej drodze pełnej przygód i niespodzianek? Adwentowa droga do domu chleba trwa. zostań do końca. Wytrwałość to wielka cnota. Praktykował ją i Józef i Miriam. wiesz... ty też możesz. Naprawdę.
Psalmy od wieków towarzyszą ludziom w wędrówkach, ucieczkach, powrotach, nocach spędzanych „na uboczu”. Były modlitwą pielgrzymów, rodzin, wygnańców i tych, którzy nie mieli świątyni - tylko drogę.
Modlitwa w drodze psalmami polega na pozwoleniu, by Słowo Boga szło razem z nami, dokładnie tam, gdzie jesteśmy.
Na tę część podróży wybrałam zdanie z Psalmu 145,20:
„Pan chroni wszystkich, którzy Go miłują, a każdy, kto w Niego wierzy, odnajduje schronienie.”
Prefer to read in English? You can find the English version here:



Komentarze